Jak uświadamiam sobie swoje pochodzenie od Boga
Gdy po raz pierwszy krzyknąłem, na pewno był to mój dziewiczy dźwięk na ziemi. Mama i inni, którzy przy tym byli, cieszyli się – żyje, j e s t! I tak to krzyczałem: gdy byłem głodny, potem – już bardziej świadomie – gdy poczułem się samotny, a potem - jeszcze bardziej świadomy - krzyczałem przy każdej zachciance, aż po tę ostrą świadomość, że nie zawsze można krzyczeć, bo mogę być naprawdę samotny. Już wiedziałem, że ten mój świat nie jest tak nastawiony na mnie, jakbym chciał… jakim dotąd był! A potem zapomniałem jakim on był i przyjąłem go takim, jakim go widziałem, słyszałem, wąchałem, zjadałem i dotykałem… i rozumiałem. Byłem na ziemi. I dopiero, gdy się tu zadomowiłem, zdałem sobie sprawę, że to nie jedyne miejsce, gdzie mogę być. Długo to trwało, bo tyle wszystkiego było koło mnie, co można było zobaczyć, usłyszeć, dotknąć, zjeść… ale przecież nie zdobyć, nie, to mnie nie pociągało, ale zrozumieć, to tak, przeżyć! – to mnie podniecało! Ale trzeba było na to zużyć mniej więcej pół wieku! I tak i tak te ziemskie klapki co jakiś czas zamykały mi patrzenie, aż pojąłem, że nie tylko oczami można widzieć. Ta kolejna ostra świadomość mnie dotknęła, gdy musiałem pozbyć się konkretnej zaćmy obu oczu, aby swobodniej patrzeć nie tylko tymi francuskimi (takie włożyli mi soczewki) oczami. Tak, to nie było jedyne miejsce do życia!
Wtedy zacząłem opisywać to odkrycie, choć wcześniej pisałem o życiu, tu, na ziemi, jak to tylu przede mną robiło i robi. A to droga: chodzenie, bieganie, pływanie, wspinanie się, zjeżdżanie, wznoszenie, spadanie – wszystko kończące się zmęczeniem, albo chwilowym zachwytem… i znowu niedosyt. Tak, czytałem coraz więcej o Niebie, ale aby je jakoś dotknąć trzeba jeszcze czegoś. I to "Coś" otwierało się przede mną od czasu do czasu i… zostawiało tęsknotę, ale też nie dawało spokoju, wierciło we mnie, jakbym miał jakieś ssanie nie do zaspokojenia – otwarte jak rana… miłości.
Nie będzie to dyskursywny wykład – będą to opowiadania wzięte z życia (nie raz szczere aż do bólu), czyli przeżyte, a nie tylko przemyślane, „logicznie ułożone” jak w fikcji literackiej; będą to fragmentaryczne odcinki życia tworzone najpierw intuicyjnie, a potem coraz bardziej tworzące uświadomiony ciąg ż y c i a, prowadzący do jedynego celu - N i e b a… wszystkich i wszystko… na jednostkowym, specyficznym przykładzie, który w tym
W s z y s t k i m się zawiera – jak w N i e b i e, gdzie oddając całego siebie, otrzymuje się siebie w całości od drugiego, tworząc ten cudowny uścisk miłosnej wymiany. Jest to bowiem wieczny taniec przenikania się nawzajem przy niebywałej intymności.
Dla zapatrzonych w siebie jest to bełkot, dla zapatrzonych w innych sama miłość.
Tak więc, dla chętnych, będę opowiadał o swoich poszukiwaniach w drodze…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Jako pierwsze daję opowiadanie z dwóch „czasów”: początku mojego pisania i gdy już byłem w „sile wieku”. Po wielkiej przerwie w pisaniu, po latach studiów, małżeństwa, tworzenia rodziny, mogłem już sam ocenić tę swoją młodzieńczą twórczość. Tekst pisany normalnym kształtem liter jest sprzed wielu lat, a ten pisany kursywą jest z czasu „siły wieku”, czyli doświadczenia życiowego.
„Zapiski kuracjusza” są wciąż aktualne, gdyż do końca życia wymagana jest kuracja duchowa… i po śmierci też będzie niezbędna… aż po osiągnięcie Nieba.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Opowiadaniem Anioł podróży zaczynam cykl relacji z drogi - tej konkretnej, fizycznej i nie mniej konkretnej - duchowej. Obie drogi prowadzą swoimi meandrami do tego samego celu. Ważne jest, aby nie były one jedynie drogami wymyślonymi i wyobrażonymi, ale w możliwie najwiekszym stopniu opierały się na rzeczywistości - najlepiej tej najbardziej Konkretnej, Boskiej. Zapewne bardziej i mniej udawało się to ich autorowi.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx.
Dzisiaj daję pierwszą z powieści, choć napisaną prawie jako ostatnia, ale ona jakby wprowadza "całościowo" w temat tej strony.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Niepowtarzalność
Niepowtarzalność jest zasadą świata, gdyż taki jest Bóg, jego twórca – jest Jedyny. My, ludzie, Jego twory, kierujemy się inną zasadą – zasadą podobieństwa. Wtedy czujemy się pewniejsi – jesteśmy jak ten lub tamten, nie jesteśmy więc sami. Jedyność nas wprost przeraża, choć - jakby podświadomie - do niej dążymy: chcemy się wyróżniać. Nie potrafimy pogodzić się z samotnością, dążymy do czyjejś obecności. Te sprzeczne na pozór ze sobą stany, są niezrozumiałą dla nas sytuacją. A mamy na dodatek być j e d n o w niepowtarzalności. Rozwiązujemy w związku z tym tę sytuację tak, jakbyśmy nie byli jedyni – jakbyśmy byli m a s ą jednostek: niezmierzoną ilością podobnych do siebie tworów. Cały swój wysiłek wkładamy w udowadnianie sobie i innym, że tak zawsze było, tak robili inni, tak jest w związku z tym lepiej... Żyjemy w wytworzonej przez siebie fikcji – jesteśmy nieprawdziwi. Adam i Ewa w Raju ulegli temu złudzeniu: dali się przekonać, że mogą być jak Jedyny Bóg. Wtedy się zaczęła h i s t o r i a – powtarzalność pozorna, brana jako rzeczywistość, wymagająca trudu udźwignięcia tej sprzeczności. I dopiero znowu, pomimo wszystkich ludzkich „mądrości”, Jedyny Bóg musiał pokazać nam swojego Jedynego Syna, abyśmy mogli naocznie się przekonać, że żyjemy w fikcji podobieństwa. Pokazać nam, że pomimo odmienności i niepowtarzalności nie musimy walczyć o swą jedyność, nie musimy być o nią zazdrośni – ona może stać się przyczyną zgodnego ż y c i a w nieprzebranej obfitości niepowtarzalności. I ten sposób życia nazywa się miłością. Dalej – nie ma innego Życia jak Miłość! Poza Nią jest tylko fikcja życia, nazywana piekłem.
Po wielu próbach wdarcia się na rynek książek, który rządzi się zasadą podobieństwa, postanowiłem spróbować pokazać, że jest to zgubna metoda. Taką możliwość stwarza Internet... do czasu, gdy jego też obejmie ta zasada, gdyż ktoś nad kimś będzie chciał panować – choćby wirtualnie.
Zapraszam więc na tę stronę tych wszystkich, którzy czerpią radość z odmienności, inności, różnorodności – bogactwa niezmierzonego i nigdy niewyczerpalnego, gdyż takim jest Życie naszego twórcy – Boga.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Przedstawiam kolejną (ostatnio dokończoną?) powieść, którą zatytułowałem „Same niewiadome”. Jest to coraz bardziej świadoma przygoda z Bogiem u schyłku życia… a tak naprawdę w samym środku Życia.
Powieść ta była pisana stopniowo, a każda kolejna część była „wymuszana” na mnie. Dlatego każda część ma zakończenie, które nie wymaga kontynuacji… a jednak tak się nie stało – kolejną „musiałem” pisać aż do piątej, w której „niewiadoma” przekroczyła moją percepcję, wchłanianie tego, co mi wciąż jest darowane.
Ale Życie nie ma ograniczeń, nie może się skończyć. To czas jest ograniczony – Życie – nie! „Niewiadoma” wciąż „będzie stała” – bo jest ponadczasowa. Jest nieogarnioną teraźniejszością.
A jednak Bóg stworzony przez siebie czas „uwiecznia” (wkłada w nieogarnioną teraźniejszość) – już poprzez zmartwychwstałego Jezusa Chrystusa tego dokonał! Nic więc nie ginie (oprócz wyobrażeń – także naszego, stworzonego przez nas „ja” – przemijającego… i nie zrealizowanych marzeń, gdyż ich nie ma – są fikcją, czyli nawet nie muszą przemijać)… ale „Niewiadoma” wciąż „będzie stała” w Niebie!
xxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Na początku mojej drogi do Nieba była Mama – Leokadia. Poświęciłem Jej krótkie opowiadanie „Leusza”. Weszło ono w skład opowiadań nazwanych kaszubskimi, które kolejno przedstawię.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Opowiadania z „Tryptyku kaszubskiego” powstały w jednym roku – po trzech wyjazdach na Kaszuby. To moje strony rodzinne – tam się urodziłem i wychowałem. Nie były to jednak wyjazdy wspomnieniowe – przeciwnie: zobaczyłem te znane mi miejsca innymi oczami i tę inność opisałem. Gdyż nie można się cofać, nie tylko dlatego, że czas nie stoi w miejscu, ale dlatego, że dążenie do cofnięcia się jest stratą, a tak naprawdę fikcją. Nie mogę się przecież pozbawić wszystkich kolejnych przeżyć i stać się dzieckiem, jakbym nigdy nie był dorosłym. Nawet wracając do wspomnień, buduję swoją przyszłość, gdyż jedynie taki kierunek nas obowiązuje – do wieczności, do bezczasowości, która nie pozbawi nas niczego dotąd przeżytego – przeciwnie: rozjaśni nam to wszystko, „przypomni” w mgnieniu oka.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Przedstawiany „Kanał” jest tym „Coś”, które mnie dotknęło i już nie mogę o nim zapomnieć – wryło się we mnie jako to Życie… podobnie jak sosny, opisane w tak zatytułowanym opowiadaniu. Nie potrafię o Nim zapomnieć… zresztą – wcale nie chcę: jest też moją wolą.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Niebo jest stanem z a c h w y t u. Każdy z nas doświadcza różnego rodzaju zachwytów… które przemijają. Ale niektóre są tak mocne, że pozostają na całe życie nie tylko to ziemskie, ale i to nieogarnione - ani czasem, ani przestrzenią. Niebo też nie ma nic wspólnego z wyborem między dobrem a złem – są tylko wybory w nieprzebranym dobru; zło stało się czymś zbędnym. Nie ma więc też nudy, ale i zazdrości, rywalizacji, wywyższania, kłamstwa, udawania, fikcji – wszystko jest prawdziwe, a więc j a s n e. Nie ma więc też wstydu – jest tylko aprobata każdego i wszystkiego… tak bogatego w zachwyt, że aż dech zapiera… ze świadomością, że ja sam jestem również zachwytem dla innych. Nie dziwota więc, że każdy, który doświadczył choćby przedsionków nieba nie chce wracać na ziemię.
Przedstawiane trzy dłuższe opowiadania złożyły się na książkę „Maria, Ewa i Ona”, wydaną własnym sumptem – jednak tylko w 100 egzemplarzach. Wszystkie się rozeszły po świecie… Wtedy, przy jej wydawaniu, doznałem też zachwytu, który opisałem w innym opowiadaniu pod tytułem „Książka.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Od wiary w przypadek do wiary żywej, tzn. że mimo nieprawdopodobieństwa takiego sądu, jest to głos Boga, który wykorzystuje każde nasze zastanawianie się: jest to przypadek, czy wejście w moje myślenie i postrzeganie Boga?
To ja rozstrzygam, a Bóg poddaje się mojemu werdyktowi, gdyż jest absolutną Wolnością.
Teraz już wiem (jestem przekonany), że to nie przypadek a Opieka nade mną Boga.
Wciąż możesz temu nie wierzyć… ale dlaczego nie masz wierzyć? Bo ci tak podpowiada twoja niewiara wzięta z jakiejś podpowiedzi? Nie jest przecież twoja!
Ale co za radość, gdy wiesz, że Bóg daje ci kolejny znak?!
Jak szybko ginie twoja samotność…
„Znak od Boga” jest jakąś próbą przedstawienia tej sytuacji.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Można patrzyć na świat okiem obojętnym i wtedy zdarzenia nie dotykają nas; można jednak patrzyć na układy okoliczności z jakiegoś punktu widzenia, np. boskiej opieki… jakbym patrzył nie swoimi, obojętnymi oczami – nic nie jest zwykłe, nie warte uwagi, zainteresowania!… bo jest przede mną, dla mnie, a ja jestem dla niego lub tego czegoś przede mną. Nawiązuje się nić przyjaźni… nie stoję sam w ogromie pustki obojętności…
Jak mało brakuje, aby zobaczyć tę bliskość…
Opowiadanie „Znaki i przypadki” ukazuje tę bliskość relacji… tak nieprawdopodobnych z punktu widzenia przypadków.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Wracam jeszcze raz do „Samych niewiadomych”, gdyż to na sposobie pisanie tej opowieści można prześledzić coraz pełniejsze odkrywanie się działania Ducha Świętego, a coraz bierniejsze moje działanie. W miarę pisania coraz bardziej zdawałem sobie sprawę, że to nie ja piszę – pisze moją ręką Bóg, Duch Święty. Dlatego też bohaterowie tej książki stają się coraz bardziej „bezwolni”, tzn. wszystkie ich decyzje i czyny wynikają z podpowiedzi Ducha – są przez Niego niesieni jakby na skrzydłach… aż po tę ostatnią część wędrówki, gdy już od nich nic nie zależy, a dzieją się sprawy w tempie ponad kosmicznym – ruch będąc tak szybkim, stał się nieruchomością – wszystko zawierającą w sobie: stał się pieśnią Chwały wszystkiego, co stworzone dla Tego, Który to wciąż stwarza… Jeszcze nie wiemy, czym będziemy… same niewiadome…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Książki, jak i życie, wydają się być nudne, gdy czytamy je i patrzymy na życie od strony zewnętrznej – skupiając
(a dokładniej: nie skupiając się wcale) swój wzrok na powierzchni słów i ciała, szybko prześlizgując się po kształtach i barwach i poszukując następnych sensacji dla wzroku, słuchu, dotyku i myśli. Są niecierpliwe i ciągle zachłanne, gdyż nie potrafię ich zatrzymać. Tak się bardzo często dzieje we współczesnym (migotliwość obrazów i słów) świecie – przebiegającym po czubkach szczytów nie wnikając w doliny, stawy w nich ułożone, nie idąc za sygnałami iskier, odbijających żywa tkankę ziemi czy ludzkiej twarzy. A tam tak wiele się dzieje!
Pisałem „Zygmunta” w bólach i radościach, w trudach i zachwytach, w grzmotach i rozbrajającej ciszy – pisałem sobą, a dokładniej tym, co we mnie (jak w każdym z nas) złożył Stwórca: głębią i rozciągliwością, gniewem i czułością, tęsknotą i spełnieniem. Tym wszystkim pisałem tak mocno, że dotąd czuję ten smak, dotyk, ból i radość.
Niektórzy czytali i nic nie mówili, niektórzy odrzucili po kilku stronach, niektórzy tym żyli… aż do śmierci, gdy wreszcie wszystko ujrzeli w jasności i zachwycie.
Niebo i ziemia nie są odseparowanymi od siebie rzeczywistościami – one swoimi głębiami i szerokościami łączą się w Jedyną Całość, tak bogatą w relacje – ciasną jak pajęczyna, delikatną jak ona, świetlistą, gdy osiądzie na niej rosa świeżości, oddechu nocy, która przeminęła…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Nie da się wyrazić delikatności dotyku Boga – można jedynie opisać swoje doznania… po fakcie, dziwiąc się, że to możliwe, ale równocześnie będąc pewnym tego, że to jedynie jakiś ślad zostawi… gdy się zawaha.
W opowiadanie „Nieśmiałość” staram się to jakoś przedstawić…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Wciąż obracamy się między rzeczywistością a fikcją, albo inaczej – między prawdą, bytem a fałszem, niebytem. To, czego doświadczamy i weryfikujemy nie tylko fizycznie (doświadczalnie, naukowo), ale też duchowo (po skutkach widzimy, że się sprawdza w życiu), jest rzeczywistością, prawdą. To, co wyobrażamy sobie i to wyobrażenie się nam sprawdza, jest podpowiedzianą prawdą, a to co się nie sprawdza… pozostaje tylko wyobrażeniem, fikcją. Czyli nasza wyobraźnia balansuje między prawdą i fikcją i aby nie była tylko fikcyjna, potrzebna jest podpowiedź. Albo ktoś konkretny nam doradzi (Adam, Ewa), albo niby bezosobowo doradzi nam sumienie. I tu wchodzi kwestia: co to jest to coś, co podpowiada? A może to jest k t o ś? A to już zasadnicza różnica, gdyż coś nie jest zdolne do podpowiedzi (nie mówi moją myślą lub językiem), ale ktoś na pewno tak. Czyli sumienie, które podpowiada nie może być czymś – może być tylko osobowe (moje lub Boga, mojego Stwórcy, czyli projektodawcy, ale nie do końca wykonawcy, gdyż dał nam wolność wyboru między prawdą i fikcją. A tak dokładniej – nie może być tylko moje, gdyż zostałem zaprojektowany, więc muszę mieć coś z Projektodawcy – tę Jego pieczęć!... jak w każdej dobrej firmie).
Dwie opowieści („Firanka” i „Drugi człowiek”) niby balansują na krawędzi prawdy i fikcji. Ale łączy je jedno – główni bohaterowie, choć czasy, okoliczności są różne, można powiedzieć nawet: są skrajne czasowo (młodzieńczość i prawie starość), gdy patrzymy z punktu ich przemijającego życia… ale wcale nie skrajne, gdy patrzymy z punktu widzenia wieczności – ta opowieść się d z i e j e! I wtedy znikają te skrajności, ale znika też różnica między prawdą a fikcją! Wyobraźnia staje się ciałem!
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
O tej powieści napisał mój były profesor poetyki: „Moim zdaniem Noc i przebudzenie bardzo przekracza pułap autobiograficzny”. Tak, jest w niej także fikcja literacka, ale to ona powoduje, że wychodzę po za siebie, nastawiam się na „przekaz” – albo z „Niewiadomego”, albo z wiadomego, gdy czerpię z własnego wyobrażenia świata. Pisząc te „fikcyjne” fragmenty, nie opierałem się jednak na swoim doświadczeniu – poddawałem się, czekałem i słowa, obrazy zjawiały się… aż po lęk: to przecież nie moje! Ale je zostawiałem… i za to otrzymałem specjalną pochwałę od profesora, choć właśnie to nie było moją zasługą.
A więc w tym wszystkim ile jest mojego? Gdy uczciwie spojrzę - to nic, gdyż nawet to, co w moim mniemaniu jest moje (zdolności, odczucia, a także doświadczenia) – jest darem, gdyż jestem stworzeniem – nie Bogiem, który jest właścicielem wszystkiego.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Jeszcze ten sen… sprzed ponad trzynastu laty. Ta jasno cielista kobieta, miękka w dotyku (gdyż wyciągałem rękę do Tereni i musiałem oprzeć przedramię na jej brzuchu, bo ona rozdzielała nas na tej sali koncertowej)… ta kobieta to była Terenia już po zmartwychwstaniu! A ta, do której tak się wyrywałem (z pretensją do tej jasnej, bo przecież powinna wiedzieć, że Terenia to moja żona), czyli ta Terenia płacząca, patrząca na mnie (a ja to odczytywałem jako radość z powodu ujrzenia mnie…) - ta była tą zmarłą ponad trzy miesiące temu. Ta jasna, zmartwychwstała, siedziała w fotelu koncertowej sali tak lekko, cieleśnie i beztrosko, a jednocześnie stanowczo, jakby tak właśnie miało być! Nic sobie nie robiła z tych moich buntowniczych myśli. Jak ona, obca, śmie! Ale – myślałem dalej – zaraz po zakończeniu utworu, który cicho rozbrzmiewał z niszy dla orkiestry, a był dyrygowany przez kogoś Wielkiego… więc – pomyślałem - zaraz z początkiem przerwy przesiądę się do Tereni – tej płaczącej… z radości.
Ale do tego już nie doszło, bo oszołomiła mnie świadomość, że naprawdę ujrzałem twarz Tereni! Z tej radości obudziłem się.
Wtedy, od razu, uznałem to za łaskę Boga dla mnie, bo mi jeszcze dał ujrzeć Terenię żywą… choć ciało jej leżało spokojnie w grobie. Pomimo to wciąż nurtowała mnie sprawa tej nierozpoznanej z twarzy, jasno cielistej, kobiety. Zadawałem sobie pytanie: to jest ktoś mi nieznany, kogo spotkam? Szukałem w wyobraźni, ale nikt taki mi się nie przedstawiał. Ale wciąż jej poszukiwałem tu, na ziemi… i wielokrotnie rekonstruowałem ten sen, który się nie sprawdzał. I dopiero teraz, gdy dowiedziałem się o prawdziwym i fałszywym „ja”, skojarzyłem sobie tę jasną kobietę jako Terenię po zmartwychwstaniu, czyli po znalezieniu się w Niebie: trzy miesiące po śmierci. Ale to skojarzenie wynikło ze świadomości, że moje fałszywe „ja” już chyba obumiera, aby dać miejsce temu prawdziwemu „ja”, zawsze ze mną związanemu przez stworzenie. A ja przecież wychowywałem się na ziemi i wszystkie moje skojarzenia, wyobrażenia, myśli były oparte o ziemię – czyli mówiąc językiem biblijnym – o „świat”, czyli o całą historię ludzi na ziemi, którym wciąż trzeba przypominać, skąd pochodzą naprawdę, a nie jak się im wydaje. A często wydaje nam się, że to my tworzymy historię. Dopiero, gdy skojarzymy sobie, że ta historia jest tak naprawdę historią wojen, walk jednych przeciw drugim, a zaczęło się to od braci – Abla i Kaina… wtedy chcielibyśmy się od takiej historii wreszcie oswobodzić. I wciąż nam to nie wychodzi, gdyż budujemy swoją historię na swoich wymysłach i pomysłach, a nie na tym, co nam Stwórca przez całe wieki chce uświadomić: że to On jest Panem historii – nie my! On też jest (z natury rzeczy) twórcą naszego prawdziwego „ja”. I ta świadomość dociera na ogół do nas po przeżyciu kilkudziesięciu lat, a tak mocno i bezwarunkowo, na łożu śmierci, albo trochę później – tuż po śmierci.
Więc ja w tym śnie, ale też w jego pierwszej interpretacji, patrzyłem z pozycji fałszywego „ja”, którego byłem twórcą i widziałem płacz Tereni jako radość z zobaczenia mnie. Tak samo było z widzeniem tej Tereni z Nieba jako intruza między nami, ziemskimi partnerami w małżeństwie. A to był prawdopodobnie płacz nade mną, że jestem taki zachłanny, wciąż chcę ją trzymać dla siebie na ziemi. A ona - jako nieznana - siedzi tuż przy mnie… i łączy ziemię z Niebem, a ta Terenia z mojego fałszywego „ja” tak naprawdę też się z tego cieszy przez łzy, bo ona już wie, że ja kiedyś dojdę do prawdy, gdy mnie Bóg wreszcie doprowadzi do widzenia jej prawdziwej - w tej kobiecie jasno cielistej.
Z tej świadomości biorąc, mogę już wnioskować i cieszyć się, że ten sen był jednak darem od Boga dla nas obojga: tej jasno cielistej Tereni z Nieba i dla mnie, na ziemi, który powoli dorasta do odkrycia w sobie „ja” prawdziwego, wiecznego.
Jeszcze jedno: na potwierdzenie tych wniosków można czerpać z Pisma, gdy opisuje Jezusa z Nazaretu po zmartwychwstaniu. Jest On tym samym człowiekiem, gdyż ma rany zadane na krzyżu, ale uczniowie Go nie rozpoznają po wyglądzie, lecz po słowach, gestach… które znają z życia z Nim na ziemi. Ja nie rozpoznałem Tereni z Nieba po wyglądzie, ale rozpoznałem ją po płaczącej twarzy, którą znałem ze wspólnego życia na ziemi. A cały sen był tak żywy, że aż mnie przeraził (ona jednak żyje?! – jak te kobiety, które poszły do grobu Jezusa i dowiedziawszy się, że zmartwychwstał – przeraziły się), ale i teraz, po tylu latach, niezmiernie ucieszył, gdyż wreszcie przestałem ją kochać zaborczo, dla siebie jedynie. Bo ona jest (jak każdy z nas!) dobrem dla wszystkich, jak wszyscy są dobrem dla wszystkich – dla siebie też. Taki jest nasz ostateczny cel – wszystko zostało stworzone jako dobre. Dlatego wymyślone, skonstruowane przez nas samych, nie w pełni dobrych, wzorowane na historii ludzkiej „ja” indywidualne i zbiorowe są tymczasowe, a więc będąc nawet w jakimś stopniu dobrymi, nie nadają się jednak do Nieba. Muszą umrzeć, aby zmartwychwstać dla Nieba.
Ten sen stał się inspiracją do napisania „Twarzy Joanny”, czyli historii miłosnej – jak z tego wynika – aż poza grób. Jednak szczerze wątpię, że ktoś przebrnie przez jej zawiłości, nawet dla piszącego trudne, a jednak konieczne, gdyż taki dostał „nakaz”: opisz to. Wiec napisałem historię żywą, poświadczoną życiem, a więc w radościach i zwątpieniach przeżywaną, fikcyjną i realną zarazem… Ale tak długą dla naszej niecierpliwości, bo chcemy już teraz, zaraz mieć!... Komu chciałoby się coś tak długiego i nie swojego czytać?...
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Śmierć i zmartwychwstanie
Śmierć i zmartwychwstanie to nie są dwie przeciwstawne, wykluczające się nawzajem rzeczywistości – to jest jeden, integralny proces, którym jest
ż y c i e. To jest konieczność – nie przypadkowe ułożenie różnych elementów, które nam się przytrafiło, a mogło się nie przytrafić… Tak musi być, aby życie było pełne, właściwe – nie nastawione na ciągłą konfrontację, walkę, nienawiść, złość. Jeżeli ziarno nie obumrze… Nie należy się tego bać, ale to zaakceptować, aby żyć p e ł n i ą całkowitego oddawania siebie (umierania), aby siebie większym i piękniejszym od i n n y c h odzyskiwać (żyć). To jest proces uniwersalny, wszystko obejmujący, jednorodny, radosny, szczęśliwy, gdyż tak go Bóg ustalił dla wszystkich i wszystkiego. To nie jest żałoba a radość wiecznego powstawania z martwych. Jeżeli nie umrzecie, nie będziecie mieć w sobie życia… gdyż staniecie w bezruchu, w stagnacji, lenistwie, w sobie, w swoim egoizmie – zostaniecie sami, bez możliwości oddawania i brania – będzie to wieczny marazm, niemożność wkroczenia w ruch (nie tylko fizyczny, bo takiego po prostu nie ma!), stan tak naprawdę dla nas niewyobrażalny, bo sprzeczny z naturą życia, fikcyjny, jedynie „wymyślony” – nie rzeczywisty! Trzeba przyjąć obdarowywanie i równocześnie samemu stawać się darem.
Ale do tego nie wystarczy sam rozum, gdyż utkwimy w fikcji, w braku ukonkretnienia myśli, co chcą w nas wmówić racjonaliści i od kilku wieków (od tzw. „oświecenia”) to czynią pod postacią płytkiego, powierzchniowego widzenia rzeczywistości – jedynie prawdziwej wg nich „rzeczywistości”, gdyż tylko fizycznie sprawdzalnej, a więc wykluczającej choćby radość, której się nie da ani zważyć, ani zmierzyć, a tak wyraźnie istniejącej. Myślenie nie może być przeciwstawiające, wykluczające, ale akceptujące, aprobujące wszelkie przejawy życia – jednorodne, nie dualne, idące dwoma, osobnymi torami: życia i śmierci. Tylko wielkie TAK!
Ale dla Boga nawet grzech (przeciwstawianie się Jego porządkowi) jest „dźwignią” dla życia. A bycie zgodnym z Nim, czyli pełnienie Jego woli - tak w Niebie jak i na ziemi - jest gwarancją radości i szczęścia, gdyż tak ż y j e Bóg w Trójcy Jedyny… a my i wszystko wokoło i w nas z Niego jest – nie z jakichś jedynie martwych przypadków! Mamy Ojca! Ale też Syna! I Ducha, który wszystko łączy! Jest Miłością!
Zapraszam do obejrzenia mojego filmiku „Modlitwa poranna”.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Jeżeli nie wejdziecie w bezkonfliktowość, nie zobaczycie prawdziwego siebie i Boga, który takim jest! Już nie sugeruję jedynie, ale proszę (już po raz trzeci): wejdźcie w „sens” opowieści „Same niewiadome”, a otworzy się ta wielka, cicha radość nam przeznaczona od początku i zobaczycie świat i życie takim jakie jest – nie takim, jakim sobie wyobrażacie, że jest… jak w tym fałszywym życiu nowości gazetowych, filmowych, telewizyjnych i internetowych, które tak podniecają, że jesteście przekonani, że to jest życie! A ono jest ukryte w ciszy przestrzeni nieogarnionej, a więc wolnej i głębi niezgłębionej odczucia, dotyku Boga, z którego pochodzi nasze DNA. Tylko poddanie się Mu, zgranie z Nim daje szczęście wolności i jedyności, a zarazem spójności wszystkiego i wszystkich, czyli harmonii świata i stworzeń. Wejdźmy w muzykę Jego stworzeń w Niebie i na ziemi, od początku nam darowaną… tak proszę o to…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Jak się wyzwolić z zamkniętego kręgu dobra i zła… gdy zło w osobowej postaci zostało już zwyciężone i wszystko jest przygotowane do tego, aby w to uwierzyć? Potrzeba tylko naszej woli – oczywiście nie tylko deklaratywnej, wypowiedzianej w słowie, a nawet w sercu… gdy za tym nie idzie czyn. Nieraz potrzeba całego życia, aby uwierzyć w to, co zostało już dawno Objawione, ale praktycznie wystarczy dokładnie przyjrzeć się sobie i skojarzyć fakty, które się w naszym życiu konkretnie działy i dzieją. Gdy temu poświęcimy trochę ciszy, to wyłoni się przed nami ta lekka wolność dobra niczemu już nie przeciwstawiona. Tak uczynił bohater opowiadania „Nędza”.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Po długiej przerwie wznawiam zapiski na tej stronie. W nagłym przypływie natchnienia, które mnie wyrwało z długiego marazmu jednakowości przestrzeni i czasu, zobaczyłem, że świat znowu jest żywy i ciekawy. Wtedy "wpadł" mi jakby nakaz - przedstaw tę nagle odkrytą znowu radość, masz materiał sprzed kilku lat... Tak, miałem go i dzieliłem się nim poprzez Facebook - to radosny, lekki, zwiewny "Zapach inności". A teraz jestem czasowo bliższy tej radości, która nas wszystkich czeka... czuję to jeszcze bardziej, niż wtedy, gdy te zapiski robiłem.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Świat chce nas zamknąć w tym co skończone, przemijające; wmawia nam, że nic nie trwa wiecznie. Paradoksalnie – powołuje się na to przemijanie jako na argument wieczności – taka jest „wieczność” mówi: trwanie przez kolejne pokolenia, z ojca na syna, z matki na córkę aż po „nieskończony”, nie do przedstawienia sobie tego przez skończoną wyobraźnię, mglisty kres… A to przecież aż za oczywisty absurd, aby nie uśmiechnąć się z politowania dla samego siebie! - to brak logiki! – skończony równa się nieskończony? A tak łatwo innym wyrzucamy głupotę… nie natomiast sobie… I przy tym braku logiki, czepiamy się tego, co przemijające, kończące się… choć wciąż mamy w pragnieniu nieskończoność tego przemijającego dobra, chcemy je zatrzymać. Jesteśmy rozdarci… choć pragniemy harmonii, całości różnorodnej wprawdzie, ale trwałej, nie kończącej się. A taką ofertę składa nam Bóg! U Mnie, we Mnie tak j e s t! Potrzeba tylko wiary w to, co Mówię i cierpliwości, aż to Ja was przeniosę do Swojej trwałości. Nic innego nie musicie robić jak żyć tą darowaną chwilą, nie zaprzątając sobie głowy tym, co będzie jutro, bo to ja – nie wy! – trzymam wszystkie nici przemijalności w Swoim Ręku: jestem Panem czasu i przestrzeni.
Dziwne, że tak czepiamy się przemijalności, którą znamy, choć oferowana jest trwałość nam nieznana, ale zapewniona słowem Boga, który mówi wprost: nieporównywalnie małe jest dobro przemijające z tym wielkim dobrem nieprzemijającym – wierzcie Mi! Wolimy argumentować tym małym dobrem przemijającym, czepiając się go wszystkimi swoimi siłami, niż rzucić się w bezkres wielkiego dobra…w swojej bezsile… Dziwne to zaiste… dla mnie też, gdy po zawale poddałem się opiece lekarzy… mając nadzieję, że mnie przywrócą do dawnej (jednak wciąż przemijającej) sprawności… choćby na kilka lat, miesięcy, dni, chwil… choć wcześniej, w duchu prosiłem: bądź wola Twoja… weź mnie do Siebie.
Nie taka, jak prosiłem, była jednak Jego wola, gdyż to teraz piszę. Chyba dlatego... abym głębiej zrozumiał (był pewnym Jego pewnością), że to nie moja, ale Jego wola, Twoja, Boże, - decyduje o wszystkim!
12.08.2016r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Piękna wola Boga.
Świat jest piękny! Takim go Bóg stworzył i nazwał pięknym… choć w opisie stworzenia w Biblii tłumacze obstają raczej za „dobrym”… Ale to przecież nie pasuje do kontekstu, gdyż jak dobry z natury Bóg mógł określać to, co stworzył „dobrym”? Z natury rzeczy musiał być dobry. Zobaczył, że jest piękny! – czymś nie do określenia wspaniałym, gdyż zachwycił się swoim dziełem, a w zachwycie nie ma nic z jakiegoś przeciwstawiania sobie jednego drugiemu – jest tylko jedno: piękny świat!
To nasze, ludzkie, patrzenie wciąż się wzdraga przed pełnym okrzykiem radości… gdyż wciąż nam przypominają moraliści, że jesteśmy grzeszni. A Syn po to przyszedł na ziemię, aby nam oznajmić piękną nowinę o wyzwoleniu od grzechu, od patrzenia na świat dualistycznie, poprzez przeciwstawienie dobra i zła. Wszystko, co stworzył, zawsze było i jest piękne i nie ma już przekleństwa alternatywy, która narodziła się w naszych głowach za podszeptem Złego… i wciąż nas trzyma w swoich złudnych oczywistościach: patrzcie! – takim jest świat: złym! I wciąż się boimy, nawet przed sobą, przyznać, że jest inaczej! Bo może zgrzeszymy?...
A Syn jak tylko przyszedł na świat, oznajmiał nam, że ta złudna perspektywa zostanie przez Niego przezwyciężona. I tak się stało… a nam pozostało jedynie w to uwierzyć, gdyż tego nie da się udowodnić naszymi, spaczonymi, metodami, które nazywamy naukowymi. Gdyż one nie mogą wyjść poza zaklęty, fałszywy, nie pełny krąg swojej – nie Boga! – prawdy! I wciąż to nad naszym myśleniem dominuje, gdyż ciągle z lekceważeniem patrzymy na tych, co twierdzą, że jest już w użytkowaniu ten piękny scenariusz patrzenia na świat. Gołym okiem widać ile doświadczamy dobra, piękna, radości, entuzjazmu… że aż dziw, że wciąż przykrywamy go tym dziwacznym, złym nawykiem.
Bo tak naprawdę nie mamy innej alternatywy - tylko piękno jest prawdziwe, czujemy to nawet przez tę twardą skórę, w którą nas Bóg odział, gdy staliśmy i wciąż stoimy bezradni, we wstydzie, po wyborze tego dualistycznego wariantu widzenia świata, tak sprytnie podsuniętego nam przez Złego: będziecie jak Bóg… tylko że nie dopowiedział, iż sam już doświadczył skutków swojego kłamstwa, czyli brzydoty… bo ciągle twierdzi, że ta jego brzydota jest pięknem. Niektórzy artyści też wciąż się upierają, że brzydota jest pięknem… a my sami też wolimy nieraz wybrać coś mniej doskonałego, aby tylko coś było, zamiast wysilić swoją wolę i dać się ponieść pięknej woli Boga, obejmującej wszystko – bez alternatywy: dobre – złe. Tylko piękne!
26.08.2016r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Czas w wieczności
Bóg wciąż się rodzi w Synu, w każdym człowieku, w każdym przejawie materii. Z każdym niemowlęciem rodzi się na nowo Bóg, w każdym zwierzęciu, trawie, brzozie i innym drzewie… Bóg jest ciągłym Źródłem, ciągłą erupcją – jest Życiem we wszystkich niezliczonych stanach, kształtach wszechświata. Jest we wszystkim, we wszystkich… Nic w Nim nie jest statyczne; może się takim jedynie wydawać tym, co żyją w swojej fikcji, w swoim wyobrażeniu, w swoim myśleniu, które się nie spełnia, gdyż nie chce być j e d n o z mocą Boga, gdyż chce korzystać ze swojej jedynie mocy, nawet nie podłączonej do Gniazda Boga… gdyż taką możliwość Bóg dał aniołom i ludziom, aby pojęli, że po za Nim nic nie może istnieć – może być jedynie pustym wyobrażeniem.
Ale w Nim to wyobrażenie może stać się ciałem… i staje się!
Bóg to wszystko czyni, gdyż jest ponadczasowy; w Sobie zawiera czas… i przestrzeń, gdyż jest też ponadprzestrzenny, choć nie związany czasem i przestrzenią, ale też ze swojej woli więzi się czasem i przestrzenią… by b y ł y.
Bóg się wciąż rodzi – we wszystkim i wszędzie
Jest tym obnażaniem się każdemu i wszystkiemu
Nic sobie nie zostawia
Wszystko daje…
Jest wieczną Intymnością - tym białym kamieniem
Niezliczoną ilość razy się objawiającym
Spełniającym
Kochającym we wszystkich możliwych odmianach
Boże! Jak można myśleć, że coś do Ciebie nie wraca?
28.09.2016r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Panie… patrząc na kształt liścia na rysunku dla dzieci… do kolorowania… każdego innego dla odpowiedniego gatunku, zakodowanego w tych maleńkich cząstkach w taki sposób, że w odpowiednich warunkach odżyją, czyli zaczną ruch w kierunku wzrostu i przyjęcia swojego kształtu, co tak niezdarnie człowiek przez wieloletnie obserwacje, badania odkrywa i od razu przyjmuje za swoje, jakby to on zbudował ten kod… A to Ty tak urządziłeś nie tylko w sensie statycznym, jakby na projektowym rysunku, ale w sensie od razu odżywania, gdy tylko natrafi na sprzyjające warunki – jest jakby martwe (musi obumrzeć), ale potencjalnie żywe, czekające na Twoją moc, tak się delikatnie udzielającą, gdyż nie do zauważenia dla ludzkiego oka i innych zmysłów, umysłu… jeżeli ich nie pobudzisz do ruchu – zarówno władz człowieka, jak i „uśpionych” możliwości materii…
Jak człowiek może przywłaszczać sobie Twoją moc, co wciąż przecież czyni… zamiast cieszyć się i radować z tego wciąż płynącego ku niemu daru życia, czyli ruchu? Bo, ślepy, zakrywający sobie oczy i rozum, chce być jak Ty?! Przecież to takie głupie… że aż wstyd tak pomyśleć… A o tym są przeświadczeni najwięksi mędrcy i uczeni tego świata… jedynie prostacy Tobie ufają i się radują wszystkim wokoło… aż nie wpadną w sidła tych „mędrców”, którzy w swoim egoizmie chcą pokazać swoją chwałę… tak ulotną jak maleńki pyłek na wietrze.
Dlaczego wciąż dają się tak prostacko zwodzić?... i jedynie w tych drobnych momentach Twojej dobroci łapią się na tym? Ale tylko te drobne momenty są dowodem na Twoją subtelność… nie do ocenienia, nie do wyobrażenia, nie do dotknięcia, ale przecież docierającą do nas, prostaków… Bo tak sobie upodobałeś… Przedziwne, a jednak jakież to radosne! We wszystkim jesteś! W najmniejszym ruchu ku kształtom, ku wizjom nieogarnioności, ku przeczuciom subtelności, delikatności, miłości… nie do zniszczenia przez ogrom ognia Twojej mocy. Bo tak sobie upodobałeś… aby kontrasty, przeciwności w Sobie pomieścić, sharmonizować, nadać życie w niemożliwym do życia, martwym, umarłym kształcie… wydać by się mogło…
Gdyż ZMARTWYCHWSTAŁEŚ!
12.10.2016r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Gdy to piszę, jesień za oknem nie daje nadziei na słońce, a jednak właśnie teraz oczom mojej duszy ukazuje się nadzieja, którą tak zobaczyłem, gdy jeszcze było ciemno:
„Po dniach oschłości, prawie marazmu, czuję jak wzbiera we mnie nadzieja… tego wszystkiego, co powoduje, że znowu jestem dzieckiem i żadna nuda nie ma do mnie dostępu – jestem zawładnięty wciąż pierwszą, młodzieńczą, radosną miłością! Bo tylko taki stan jest przynależny Niebu – bliskości z Tobą, Panie, a w Tobie: z wszystkimi osobami i wszystkim, co stworzyłeś. Czuję jak przepływa we mnie ta Twoja Miłość wszystko ogarniająca! Tak, to jest żywa nadzieja trwania – nie przemijania, zapominania, oddalania, przeciwnie: ciągłego, niezmierzonego zbliżania, gdy stan intymności jest jedynym, jakim jestem owładnięty w Twoim Życiu.”
Ponieważ taki stan (w tym przepływającym krajobrazie ciągle tu, na ziemi) wciąż przydarza się – nie j e s t, jak w Niebie, załączam dwa przypomnienia czasu nadziei, które mnie dotknęły, jako przejaw tego głębokiego nurtu życia we mnie (i w każdym z nas), gdzie wszystko już j e s t, tylko wciąż nie potrafimy go wydobyć jako stałą świadomość, jako pewnik życia. Ale po śmierci, nie swoją mocą, ale mocą Ducha, ten stan już nie będzie musiał być nazywany nadzieją – on stanie się tym, czym już jest i będziemy jego ostrzem na zawsze przeniknięci. Widziadła ziemskiego patrzenia znikną!
15.11.2016r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Panie, nawet w tych naszych wizjach Ciebie, nawet wtedy, gdy one powstają pod Twoim wpływem, jest w jakiś sposób ograniczenie. A Ty jesteś nieograniczony! Pod każdym względem! Dlatego też nawet Twoje Słowo w postaci Ewangelii i innych natchnionych ksiąg ma w sobie to nasze, ludzkie, ograniczenie, a jednocześnie nieogarnioną rozmaitość. Tak, Twoje Słowo jest nam powierzane dlatego, że musi najpierw jakoś do nas, ograniczonych, trafić, by na Jego kanwie nas „rozwijać” – podsuwać nam kolejny „kawałek” Twojej nieogarnioności. I tak się dzieje przez całą dotychczasową historię objawiania się nam Ciebie i będzie trwało w nieskończoności, gdyż nigdy nie będziemy w stanie Ciebie do końca poznać, ale wiecznie Cię będziemy poznawać! Gdyż cóż robilibyśmy w Niebie? Wszystko będzie we wszystkim, ale wszystko będzie nieogarnione, podobne do Ciebie, choć nigdy nie będzie mogło być Tobą. Ale ten Twój pierwiastek posiadając, będziemy (każdy z nas, ludzi) tym osobnym (osobowym, czyli też cielesnym!) wszechświatem, spełnionym, ale wciąż się spełniającym – bez granic! To przecież przekracza naszą, obecną, percepcję – wyobraźnia nasza też jest przecież ograniczona, choć jednocześnie tak fantazyjna, tzn. inna w każdym egzemplarzu… nieogarnionym, że to aż wprost unosi, ale i wprost rozsadza swoją niewiadomą.
A teraz, w czasie, wciąż i w każdym „kierunku” Cię coraz bardziej odkrywamy, w każdej dziedzinie naszej działalności. Dlatego też wciąż odkrywamy Twoje Słowo i będziemy je nadal odkrywać przy pomocy rozumu, doświadczenia życiowego, naukowego, ale przede wszystkim sercowego – całościowego (łącznie z wolą), w jakie nas wyposażyłeś. Tak więc dlatego nie można mówić o Niebie jako o nudzie i ciężkiej pracy.
Ale przecież to wszystko będzie tą niezmierzoną bliskością Ciebie, tą radością: tworzenia, bycia, kochania, czyli dzielenia się wszystkim ze wszystkimi… bez ograniczeń – w wolności, która nie będzie miała nawet cienia przymusu – będzie samą ochotą!
Jak na tym tle bledną wszelkie nasze spory, przewagi, wymuszenia, przekonania, racje, religie, egoizmy… Po prostu śmiesznie znikają!
Jesteś TY TRÓJOSOBOWY i my - jako nieogarnieni jak piasek morski - Twoi bogowie. Któż by śmiał liczyć nas?... skoro nawet Ty tego zabraniasz?... NIEOGARNIONY…
6.12.2016r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Modlitwa w Nadziei
Panie… prowadzisz mnie tylko sobie znanymi ścieżkami i wciąż mnie naprowadzasz… zaskakując ciągle.
Po słuchaniu „Tajemnego planu” Blaszkiewicza, po lekturze Hryniewicza, do którego podłączyłeś (wbrew moim chęciom) Josepha Loconte
„Poszukującego”, abym doszedł wreszcie (po przebrnięciu poprzednich) do tych jego rozdziałów o największym spisku świata, Twoim spisku, aby nas, ludzi (z szponów Władz, Mocy) uwolnić… do kolejnego skojarzenia z „Samymi niewiadomymi”, a szczególnie z tą ostatnią częścią, którą na „siłę” ze mnie wydobyłeś… a w którą ja wciąż do końca nie potrafię uwierzyć, gdyż przerasta wszystko, co dotąd nie fantastyczne, ale możliwe u Ciebie… dlatego dla nas tak nieprawdopodobne, że aż wstydliwe… nie do wiary… Bo dlaczego miałbyś potrzebować nas dla swojego planu zbawienia aż w taki sposób? Mielibyśmy już teraz, na nie przemienionej jeszcze ziemi doznawać Twojej miłości i jej skutków czysto fizycznych – nowego poczęcia Twoich synów i córek, które będą pomostem, przygotowaniem przejścia, połączenia ziemi i Nieba – konkretnego, nie w postaci wielkich znaków i czynów, ale „po cichu”, w normalności życia… tak niespodziewanie przemienionego, dokonanego, jakim było Zmartwychwstanie Twojego Syna – w ciszy nocy (w ciszy zwątpienia uczniów)… a bohaterów „Samych niewiadomych” w ciszy poranka… To słabość przemienia – nie siła… coś wbrew zapatrzonych w siebie Władz i Mocy, nie dla ich wyobraźni przecież to… ale naszej już tak (?), wprawdzie tylko przeczuwającej… ale powoli się rozsłaniającej przez kojarzenie tak odległych faktów – przecież nie ze mnie wziętych, ale przeze mnie, Twoje naczynie, przeprowadzanych…
Nie do wiary to wszystko, ale w Nadziei… Mamy przecież Ciebie wiecznie odkrywać: zafascynowani, przejęci, radośni, bezinteresowni… jak Ty z Synem w Duchu Świętym…
20.12.2016r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Ciągle żyją i walczą ci, którzy myślą, że sami z siebie potrafią zmienić świat tak, aby on stał się sprawiedliwy. A to jest wciąż ich złudzeniem, jak było moim złudzeniem. Jeszcze nie dotarła do nich myśl (ich nie przewierciła do szpiku kości), że ich myśli i chęci prędzej czy później będą musiały być zgolone jak moja broda, aby ujrzeli swoją prawdziwa twarz – twarz syna (córki) Boga, wolnego wtedy, gdy zaufają Panu – nie swoim wyobrażeniom o sobie.
Dotyczy to nie tylko tych „małych”, dotyczy to tym bardziej tych „wielkich” tego świata, a szczególnie polityków. Bez wyzbycia się własnej brody złudzeń, nie można wejść do realnej wolności Nieba, gdyż tam panuje ON: Prawda i Życie – nie wyobrażenia i myślowe złudzenia.
To na kanwie opowiadania „Broda”…
7.01.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Panie… tyle nam mówisz o wolności, do której nas powołałeś, a my wciąż jesteśmy jedynie zarządcami grzechu, jakbyś nam nie powiedział wyraźnie, że raz na zawsze od tego grzechu świat uwolniłeś. Najpierw przecież odprawiłeś władcę tego świata, a potem zacząłeś mówić nam o Twoim królestwie. A my wciąż wolimy się taplać w swoich wyobrażeniach o grzechu, niż żyć pełnią wolności, którą nam podarowałeś. Wciąż w nas ta nasza małostkowość – nic z tego wyzwania do wielkich rzeczy, które nam uczyniłeś. Wciąż tylko chcemy tej krótkiej perspektywy ziemskiej, choć mamy w sobie te przestrzenie nieogarnione, których nawet Twój wspaniały wszechświat nie jest w stanie pomieścić, gdyż nie jest wieczny tylko dlatego, że my tej wieczności nie jesteśmy w stanie ogarnąć, tylko dlatego, że Tobie nie ufamy, Tobie nie wierzymy. A nawet on, ten wszechświat, pomimo naszej niewiary, wskazuje na Twoją ekspansję w kierunku braku granic… wciąż się rozszerzając jak to nam obrazowo przedstawiłeś w wizji proroka o źródle i wodzie żywej, która wciąż z Ciebie wypływa jak lawa z Twojego Serca Miłości. Tak, już dawno podarowałeś nam serca żywe, abyśmy nie kamienieli w swoich krótkowzrocznych wyobrażeniach, zastanych smutkach i pretensjach do głupich drobiazgów, zawiści do drobiny trochę większego kawałka złota, gdy wszystko, co jest, dałeś nam w nadmiarze, bez wyjątków, bez przydziałów, bez zasług – z samej szczerości daru…
Panie, naucz nas tej Twojej perspektywy nieogarnioności, szczerości daru, ogromu serca… w błysku Twojego Światła.
Przyjdź, Panie Jezu!
24.01.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Koniec świata?
Zamiast iść na CAŁOŚĆ przesłania Boga do nas, kłócimy się o szczegóły spraw, których i tak do końca nie zrozumiemy i nie poznamy! A CAŁOŚĆ jest nam dostępna w jednym rzucie, gdy się Bogu poddamy. Jest ONA wtedy widoczna w tak różnorodnych aspektach naszego poznawania i odbierania, że z obfitości aż nam się rozgrzewają do czerwoności umysły i serca - z radości, która na nas spływa… nie jak lawa, ale jako cisza niewiedzy. Potrzeba tylko naszej zgody i cierpliwości… w radosnym oczekiwaniu, aż Duch w swojej wolności nam wszystko objawi. Nie możemy na Niego nastawać, nakłaniać, a tym bardziej przymuszać – jest w o l n y w absolutny sposób i tę wolność m u s i m y uszanować, jak On szanuje naszą… gdy robimy te wszystkie głupoty nie tylko śmiechu warte, ale też te aż po grozę i przerażenie sięgające. Gdyż wciąż robimy te same błędy co pierwsi ludzie w ogrodzie, co pierwsi chrześcijanie, kłócąc się o to, kogo jesteśmy. A możemy być tylko Boga! Wszystko inne tylko nam się wydaje… Pragniemy miłości, życia, nieskończoności, choć ich nie rozumiemy, chcemy rozwiązywać zagadki śmierci i cierpienia, choć wciąż się nam one wymykają – wszystkie są nieracjonalne, niepojmowalne, ale byśmy za ich pojęcie, zrozumienie oddali życie… A wcale nie trzeba oddawać – są na wyciągnięcie woli i już cała zasłona miłości nas otula, aby wciągnąć w swój wir intymności, oddania się całym, aby CAŁEGO otrzymać. Po co ta wiele tysięcy lat trwająca walka o fikcje? Tyle zmarnowanego czasu?! Na szczęście Bóg jest nieskończenie cierpliwy i miłosierny, wciąż wierzący, że się wreszcie opamiętamy… Nie, On wie, że się opamiętamy, bo przecież z Niego jesteśmy, choć się nam nieraz co innego wydaje. Mistycy i prostaczkowie o czystych sercach o tym wiedzą i nieraz to widzą… w przeciwieństwie do tych, którzy mają nas „urzędowo” do Niego prowadzić… jak po grudach. Bóg nie chce nas spętanych – nawet niewidzialną fikcją – uczynił nas wolnymi, jak On sam! Lepiej zachwycić się finezją brzozy niż głębią śmierci, która już została przezwyciężona, choć wciąż jest konieczna. Bo to przecież nie koniec świata!
8.02.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Nauka mówienia „tak”
Łatwiej jest zanegować, przeciwstawić, skrytykować niż potwierdzić, wzbogacić, rozwinąć. Czyli łatwiej jest mówić „nie” niż „tak” - nie trudząc się zrozumieniem kogoś. Łatwiej go odrzucić i mieć spokój, niż trudzić się, aby - tylko być może - znaleźć coś, czego jeszcze nie znam, czego jeszcze nie rozumiem.
Dominującym sposobem porozumiewania się między ludźmi we współczesnym świecie jest ten łatwiejszy, czyli na „nie”. Wypływa on nie tylko z lenistwa, ale przede wszystkim z patrzenia na świat, na otaczającą nas rzeczywistość, którą postrzegamy jako grę przeciwstawień, różnic, dominacji i osobistej racji. Patrzymy więc na wszystko jako na konieczne napięcie między dobrem a złem, a za nim między dużym a małym, między pięknym a brzydkim, między sprawnym a niedołężnym, między szybkim a wolnym i tym podobnymi przeciwstawieniami. A świat w swojej całości jest jednością, budowaną nie na zasadzie walczących z sobą przeciwstawień a na zasadzie harmonii – współgrania wszystkich czynników z sobą, bez konieczności odrzucania czegokolwiek. Inaczej, jako całość, nie potrafiłby istnieć. Czyli na zasadzie mówienia wszystkiemu „tak”! A więc cała rzeczywistość oparta jest na akceptacji wszystkiego, co j e s t, bez względu na to czy jest dobre, czy złe, czy jest wolne czy szybkie, czy jest piękne czy brzydkie. Nie na niszczącej grze „nie”, wykluczającej się nawzajem, eliminującej przy tym jakąś niezbędną część. „Nie” niszczy, rujnuje – „tak” spaja, buduje. Bóg wszystko obejmuje.
Trudny jest jednak język „tak”, gdyż musi zmienić radykalnie znany nam doskonale język „nie”. Wymaga nie tylko jakiejś połowicznej zmiany, ale wymaga całkowitej zmiany – wymaga zawrócenia z wybranej drogi, którą nie tylko lubimy, ale nawet kochamy. Najpierw jednak musimy dokonać tej zmiany w swoim myśleniu. A to jest trudniejsze niż zburzenie jakiegoś warownego zamku i na powrót jego odbudowanie, gdyż musi nas przekonać, że budowanie jakiegokolwiek zamku jest bezsensowne. Jakiekolwiek mury, które odgradzają, są nie tylko zbędne, ale po prostu przeciwstawiają się harmonii całości – nie wchodzą więc w zakres „myślenia”! Tyle trudów cywilizacyjnych na marne? Wystarczyła żyzna dolina z mnóstwem drzew, rozległe łąki i bezkresne niebo? Ogród? TAK!!!
24.02.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Ciało duchowe
Na kanwie głosów o realizowaniu się słów Jezusa Chrystusa, dotyczących spożywania Jego ciała i picia Jego krwi, które wypowiedział podczas ostatniej wieczerzy.
Przez Zmartwychwstanie ciało Jezusa Chrystusa zostało „uduchowione” – stało się integralna częścią Boga w Trójcy Jedynego. Może być więc wszędzie i na różne sposoby, jak Duch może być wszędzie i w dowolny, wybrany przez siebie sposób. Jak to się konkretnie dzieje to dla nas tajemnica.
Gdy Jezus wszedł do wieczernika, do uczniów w nim zamkniętych z obawy przed Żydami, powiedział do nich, żeby dali mu coś do zjedzenia, bo nie jest duchem, jak się im wydaje. Tak, Jezus nie jest już czystym duchem – jest całością duchocielesną, jest ciałem duchowym, jak to sformułował św. Paweł, ale w innym statusie niż my teraz – już nie do rozdzielenia na ducha i materię, która pozostała w grobie (bez ducha? - czy jednak z „pieczęcią” naszego ducha?... nie jak Jezus, którego ciało nie rozpadło się i po zmartwychwstaniu miało na sobie rany z męki). My też tacy staniemy się po zmartwychwstaniu, na nowej ziemi i pod nowym niebem? Ta nowa ziemia i niebo będzie inna niż obecna, gdy „ciała” roślin się rozkładają, aby „odżyć” w kolejnej odsłonie z ich własnych nasion? Ciała ludzkie się rozkładają i nie ma w nich nic, co by było nasieniem, które „obumiera”, aby wydać kolejny owoc? Człowiek rzeczywiście umiera cieleśnie, ale w całości się odrodzi (z ciałem i duchem już harmonijnie zjednoczonych) nie swoją „siłą” jak rośliny, ale mocą Boga, który nas na nowo powoła do życia w duchowym ciele. Czyli, jak to przedstawia Guardini, odrodzimy się w nowym ciele nie jednak jak rośliny, ale mocą, w którą Bóg nas wyposaży, abyśmy mogli sobie sami zbudować własne ciało. I będą to ciała z naszymi cechami charakterystycznymi, jak Jezus miał swoje rany na rękach, nogach i boku. Ale Jezus wszedł mimo drzwi zamkniętych i pojawiał się w różnych miejscach na raz. Jest to nie tylko przekroczenie „oporów”, „przeszkód” fizycznych, ale poruszanie się bez jakichkolwiek środków „transportowych”. Do czego nam potrzebne byłyby wszelkie koła u wozu? - to nasz duch będzie czynił z materią, co zechce. Będzie bez oporów teleportował nasze ciała na dowolne odległości i niezależnie od
czasu… gdyż on już nas nie będzie więził.
Niektórzy teologowie twierdzą, że również zwierzęta będą na tej nowej ziemi, jako kontynuacji ich życia. Zmianie więc ulegną również prawa natury. Materia otrzyma prawa wieczności, bezczasowości, ale nie straci ruchu – będzie jeszcze bardziej dynamiczna niż obecnie, ale nie będzie potrzebne ścieranie się cząstek między sobą, aby wytwarzać kolejne kształty poprzez procesy fizyczne i chemiczne. Żadne więc tarcia, nawet te rozkoszne, nie będą konieczne, choć rozkosz nie zginie. Trochę to można porównać do obecnego, „bezszelestnego” dla naszego słuchu wzrostu ciał roślin, zwierząt i ludzi. Duch nie będzie ryczał jak sztorm, burza, grzmiał i błyskał, ale będzie się unosił i „cicho”, delikatnie wiał, pieścił jak podczas ukazywania się Boga Eliaszowi, jak podczas przechadzania się Boga w raju, jak unoszenia się Ducha nad bezkształtnymi otchłaniami pustkowi przy stwarzaniu świata. Nie będzie więc krzyków i gromów – będzie natomiast „anielski” śpiew, muzyka całego stworzenia. Gdyż Duch to osobowa bezkształtna Energia, tworząca kształty fizyczne dla pięciu zmysłów; to te same siły, które w tej chwili niewidoczne dla oka i ucha, rządzą wszystkimi procesami we wszechświecie, grzmiąc i błyskając; wtedy będą inne - niczym nie porażając, będą łagodne jak Baranek – bez Ducha bowiem nic nie byłoby dynamiczne, choć nie krzykliwe - także relacje międzyosobowe, które będą się wyrażały w miłości i twórczości: „ogniste”, ale nie spalające…
Inny też będzie nasz status w Bogu. Będziemy wciągnięci w wir relacji między Trzema Osobami; w wir – jak wskazuje nazwa – dynamiczny, ale nie zniewalający, w ten – nie do wyobrażenia dla nas – proces harmonijnego bycia wszystkiego bez następstw czasowych, ale z zakresem przestrzennym, aby piękno mogło być dotykalne, zmysłowe, intymne, a jednocześnie wszechogarniające… wszystko co swoje oddające i wszystko co nowe otrzymujące – wyzuwające się całkowicie, by się ubrać w nowe, od innych otrzymane, wtedy też już swoje, szaty; będące już nie dwojgiem, ale już też nie jedynością… będące trójnością dla wszystkiego i wszystkich. Tak, nic więc nie zginie – otrzyma natomiast te zachwycające cechy, które tak olśniły Jana w Niebie w Apokalipsie.
Tak, w Bogu poruszamy się i jesteśmy już teraz, ale będziemy w Nim dotykalnie i widzialnie, gdyż Bóg odsłoni się nam w sposób dla nas właściwy – już nie będzie Bogiem ukrytym, abyśmy nie mogli Go zranić swoją twardością serc. Nasze serca będą wolne od niedoskonałości, będą czułe, tzn. potrafiące przyjąć intymność Boga i odwzajemnić Mu ją swoją intymnością. Staniemy się Jego przyjaciółmi, gdyż z Niego jesteśmy, choć Nim samym nie możemy być. Ale już wtedy nasza wyobraźnia będzie konkretna, prawdziwa – nie tylko ograniczona do samych się realizujących w myślach jedynie pomysłów. W Bogu wszystko i wszystkich będzie obejmował… Duch. Skończy się egoistyczna dyskursywna dualność – nastanie powszechna, dynamiczna Trójność. Prawda obejmie wszystkich tak, iż nikt nie będzie czuł potrzeby stania w swoim sposobie patrzenia, gdyż każdy sposób będzie podobny do Boskiego, Trój Jedynego.
Tak, przedstawiłem tu swój zlepek odczucia Nieba, które będzie nieporównywalnie piękniejsze, wspanialsze, zachwycające. Ale nawet dla tak „ubogiego” i tylko „odczutego” Nieba warto żyć, nie troskając się zbytnio o to, co będzie jutro w tym naszym, obecnie zamkniętym, czasie. Czasu nie będzie!
Nie troskajcie się zbytnio – Jam zwyciężył świat – mówi nam Jezus zmartwychwstały i przychodzący…
4.03.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Najlepsze życzenia… z wiosną
Nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić prawdziwego szczęścia, czyli absolutnej miłości – oddania się tak, aby nic naszego nie zatrzymać sobie. Nawet w opisach największych miłości musimy posiłkować się przeciwnościami, aby tę swoją kulawą, niepełną miłość uzasadnić: im więcej wysiłku, poświecenia, oddania się, tym większa miłość… ale przecież w zestawieniu z trudem, pracą, harówą – nie z samego, naturalnego, spontanicznego darowania się… które przecież jakoś tam przeczuwamy, do którego, nawet nieświadomie, tęsknimy…
Ale wierzymy, że one są – miłość i szczęście – pełne aż po zachwyt, aż po zapomnienie się w oddaniu… Bogu, w którym wszyscy jesteśmy szczęśliwi… bez przemijania, bez fal odpływu i przypływu – z coraz mocniejszą i subtelniejszą zarazem bliskością…
Tak…
22.03.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Dotknięcia
Jak wiele rygoryzmu jest w poszczególnych kościołach chrześcijańskich, jakby każdy z nich miał coś szczególnego, czego nie ma lub nie widzi inny kościół i tak wszystkie utrwalają się w swoich przeświadczeniach, zamiast zdać się nie na siebie, ale na Ducha Świętego w pokorze swojej niewiedzy, gdyż Bóg tak i tak jest większy we wszystkim – także w każdym z tych przeświadczeń, które z taką pieczołowitością poszczególne kościoły pielęgnują… w różnej formie - pod groźbą relatywizmu. A nie zdają sobie sprawy, że relatywizm bierze się nie z pewników, których nie może mieć żaden kościół z zasady wyższości myślenia Boga nad myśleniem ludzkim, ale właśnie z braku pokory. Nie kościoły, czyli poszczególne wspólnoty mają rozstrzygać o prawdzie, ale sam Bóg, przede wszystkim w swoim Słowie i słowie przekazu Syna, poprzez Ducha Świętego, czyli w natchnionych pismach. A kościoły, nie biorąc pod uwagę wolności Boga, rozstrzygają swoją marną wiedzą i przekonaniami o tym, co jest pewnikiem, prawdą już teraz, choć widzą, że wiedza o myśleniu i decyzjach Boga wciąż jest za wielka na ich możliwości percepcji.
Jest to więc zwykła pycha, pieniactwo zamiast pokory, która przyjmuje z radością, że mądrość Boga jest niedościgniona, abyśmy mogli Jej doświadczać bezczasowo – zawsze (nie tylko w tej czasowej rzeczywistości, która przecież z samej swojej zasady musi przeminąć). A my w Bogu mamy trwać! Poznawać Go, kochać Go, radować się Nim z coraz większą intensywnością, która nie ma końca!... wszyscy w jednej Jego Wspólnocie… Co za ogrom możliwości, co za głębia bliskości czekają na nas! A my chcemy je zastąpić jakimiś swoimi, całkiem problematycznymi pewnikami, choćby jutro miały stać się niepełną prawdą?... bo otrzymaliśmy kolejne natchnienie Ducha Świętego… wciąż dla nas za wysokie, za głębokie… ale przecież otrzymane, dotykające nas!
Czy wciąż nie czekamy na dotknięcia, które nas przemieniają w zachwyt, w czystą dobroć, omdlenie w pięknie?... i tę pewność bycia?
19.04.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Harmider
Harmider nie tylko ten zewnętrzny, po za mną, w postaci dźwięków, zdarzeń, otoczenia wszelkiego rodzaju, jak kultura, nauka, zwyczaje, obyczaje, natura, przyroda, ale przede wszystkim harmider mojego wnętrza w postaci emocji, przeżyć, głównie jednak myśli jako mojego wewnętrznego filmu - przesłania mi Ciebie, Boże. A w Tobie przebywam od początku, albo dokładniej – przed początkiem – gdyż w Tobie jestem, nim zacząłem być kształtowany w łonie mojej matki. Jestem bliżej Ciebie, Panie niż moja, nie tylko płytka świadomość mnie samego, ale ta głębsza, choć nie najgłębsza. Ty jesteś moją najbliższą świadomością… nieuświadomioną, do momentu, gdy „zobaczę” siebie w CISZY, którą jesteś, a która zawiera w sobie wszystko, co jest, gdyż Ty jesteś JESTEM.
Czytałem i czytam o Tobie od zawsze, od początku swojej świadomości czytania; doświadczałem i doświadczam Ciebie od zawsze, a uświadamiałem to sobie swoim odczuciem, gdy ponad wszystko poszukiwałem ciszy wokół siebie: najpierw – w oddaleniu od ludzi, od ich gwaru, a w ciszy bocznej drogi, intymnej polany, bezkresnego morza, ciemności nocy, czy oślepiającego słońca; a potem – w oddaleniu od samego siebie, gdy traciłem panowanie nad własną myślą, gdy zostawiałem ją na pastwę gwaru tak obojętnego, że wyzwalał we mnie s p o k ó j w n i e p o k o j u… gdy wyzwalał we mnie b y c i e – bez gwaru rodzajowego, gatunkowego, kształtowego, zjawiskowego, a jednak najbardziej konkretnego, bo nieprzemijającego, zawsze będącego, nie mogącego zaniknąć, nie mogącego nie istnieć! Śmierć stała się n i e i s t o t n a, tak samo ból, cierpienie… bo stoi przede mną, we mnie – wszędzie M I Ł O Ś Ć. – TWOJA WSZECHOBECNOŚĆ.
Dlatego największą radość sprawiało mi wychwytywanie ciszy: opisywanie jej, ale przede wszystkim przeżywanie – nie tylko na łonie natury, ale w obecności innych, gdy milczenie nie oddalało, ale zbliżało, gdy patrzenie nie uciekało w bok, ale utwierdzało się we wspólnocie widzenia, gdy sąsiedztwo nie odseparowywało, ale łączyło obecnością najgłębszą, nie tylko odczuwalną, nie tylko dotykalną, ale nierozdzielną… świadomością, a jednak twoją i moją.
26.04.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Rozgardiasz
Facebook wciąż huczy opiniami, stanowiskami, odmiennymi zdaniami, racjami, prawdami… zmieszanymi, zmielonymi – same trociny, a żadnego drzewa rozkwitającego młodością życia na wiosnę… nie widać? I nie chodzi o te drobne, dobre życzenia, miłe słowa, współczucia i troski… które też w tym rozgardiaszu się pojawiają. One są też częścią Rzeczywistości, mieszczą się też w Bogu, choć nie są Nim i – o, dziwo – nie mogą mieć wpływu na stabilność MIŁOŚCI, gdyż świat nie znika – wciąż trwa, nie z własnego rozpędu, ale Wolą Stwórcy. Trwa tą CISZĄ, w której wszystko j e s t – i jest nie tyle fundamentem, co atmosferą wszystko otulającą, a dokładniej – przytulającą: wszystkie bunty, odmienne zdania, różnice widzenia, ziemskie i inne piekła… gestem bezradności Krzyża, aby podarować to nowe, wciąż młode, wiosenne, dziewicze, zachwycające, radosne, uśmiechnięte życie Zmartwychwstania… które nie może już przeminąć!
Jakież to wrogie widzenie dla rozgardiaszu! Nie ma wprost samego życia! Bo życie to ruch, zmiana, krzyżowanie się opinii i racji – bezład, z którego wypływa… wciąż mętna woda zmartwień, trosk, źdźbeł dobra, plam zła, stróżek nadziei i prądów zwątpień… aby odsłonić od czasu do czasu czystą połać wody aż przerażającej czystością głębi. To możliwe!? To złudzenie!
Ale przecież tak samo wygląda odbicie – niebo pełne chmur: czarnych i białych, pierzastych i zawisłych, ścierających się i przebiegających, nakładających i kłębiących się, falujących i od czasu do czasu czyste przestrzenie błękitu, aż wznoszących radość serca w niebotyczne wolności. To możliwe!? To złudzenie!
A to złudzenie jest niemożliwe, a ta niepewność – prawdziwa! Trzeba tylko odpowiednio nastawić serce, zdolne odbierać głębię i przestwór MIŁOŚCI, gdyż z Niej j e s t.
28.04.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Miłość
Inteligencja idzie w parze z pychą. Dlaczego? Bo inteligencja wyróżnia spośród przeciętności, a sam termin „przeciętność” ma pejoratywne znaczenie. Większość, przeciętność, masowość stoi na przeciwległym biegunie jednostkowości, wyjątkowości, inności. Te sfery klasyfikacji stoją naprzeciw siebie, wrogo na siebie patrząc. Mówimy, że to konieczne, aby odróżniać jedno od drugiego i tworzyć hierarchię… która jest „normalnym” stanem, gdyż tak było, jest i będzie. Spójrzmy jednak na to z innej strony – ze strony miłości. Cała ta sfera rozpada się w proch, gdyż klasyfikowanie, ustawianie czegoś, kogoś nad czymś lub kimś przeczy miłości. W stanie miłości nie pytamy, gdzie coś, ktoś jest, ale jak się do niego ustawiamy. Z oddaniem czy z rezerwą? A jeszcze inaczej: czy stojąc naprzeciw siebie nie „wymyślamy” go, czy czegoś najpierw nim on, coś nam się objawi takim, jakim jest? Nie stawiamy mu swoich warunków, ale patrzymy na niego, na coś tak, jakim się nam jawi. On jest taki!? – wprost krzyczymy. Co za radość! I wtedy uświadamiamy sobie, że zapomnieliśmy o sobie, o swoim świecie myśli i wyobraźni, i stoimy przed kimś, czymś nowym, innym… fascynującym! Już go zaakceptowaliśmy, przyjęliśmy, gdyż nas zachwycił. Kochamy go, lub to coś, bo nas wzbogacił, wzbogaciło. Jesteśmy nowi… o nich.
Teraz pomyślmy: jak nam trudno stanąć w takim stanie, gdy wszystko najpierw filtrujemy swoim widzeniem, patrzeniem – swoim egoizmem? A nie, gdy stajemy otwarci, nachyleni, oczekujący, pełni nadziei… gdyż to miłość w nas mieszka.
Inteligencja o niczym nie świadczy, hierarchia też, klasyfikacja i wszelkie ustawienia gatunkowe i rodzajowe również – tylko jedno, to najważniejsze wystarcza: wpić się wzrokiem, słuchem i całą uwagą w tego kogoś, w to coś, co przed nami i zajmuje nam cały horyzont patrzenia, myślenia, odczuwania. Nawet nie wiemy, że oddaliśmy się cali temu komuś lub temu czemuś, bo natura miłości ma tylko jeden kierunek – na dobro.
Jak wielka otwarła się przed nami przestrzeń miłości, intymności, konkretności… jak to nazywają „sucho” relacji…
29.04.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
„Wymiary” duszy
Trudno nam „zlokalizować” przestrzenie duszy – przepastne, poza horyzontalne, a jednak na tyle konkretne, aby je zobaczyć, wyśpiewać, objąć myślą tak ogromną, że aż przyprawiającą o zawrót głowy – tę wolność od wymiarów skrytą w „widoku” morza traw, fal łagodności, blasków przebudzenia, dotyków ciszy… które z mocą i łagodnością unoszą nasze rozdygotane obrazy myśli w nieogarnioną dal Boga, wszędzie osiągalnego, wcale nie ukrytego, ale zawsze się objawiającego tym, którzy się przed Nim nie zamykają we własnych światach wyobrażeń, męczących, ciasnych, duszących ciasnotą fikcji…
2.05.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Niebo
Jak słabe jest zainteresowanie Niebem, a jak wielkie narzekanie na to, co jest na ziemi! Przedziwna to zaiste logika patrzenia! Bo gdy się bliżej zapoznaje z Niebem, to automatycznie zmienia się perspektywa postrzegania ziemi, a tym samym wpływa to na naszą sytuację. Tej najprostszej logiki nie używa – śmiem twierdzić – większość ludzi… nawet większość tych, którzy w swoim zakresie mają głoszenie Nieba, Ewangelii, tej Dobrej Nowina dla ludzkości. Jakby również oni nie wierzyli w Niebo… A wierzą w taką, jaką widzą, ziemię? Też nie? No to w co wierzą?
A sytuacja na ziemi zależy od nastawienia się na Niebo – nie na ziemię, która jest tylko drogą do Nieba. Nie wałkowanie tego, co jest nie tak na ziemi i ciągłe narzekanie, a wyciąganie wniosków i wprowadzanie ich w życie, które to wnioski są zresztą znane od tysiącleci i od tysiącleci są wprowadzane w życie… Skąd się więc bierze ta masowa paranoja? Przecież to paranoiczne uzasadnienie, że to wina naszej, ludzkiej kondycji, też jest znane od tysiącleci… i od tysiącleci znane są metody zmiany tego stanu rzeczy.
Tak samo znana jest od tysiącleci najlepsza metoda naprawienia tej paranoicznej kondycji natury ludzkiej. Jaka to metoda? Kontemplacja. Ale kto wmawia swoim wiernym przekonanie, że ona – kontemplacja – jest tylko dla wybranych? Głównie ci, którzy głoszą Dobrą Nowinę i z troską w słowach i na twarzach wciąż wzdychają, że to nie dla wszystkich, bo… większość jest skazana na potępienie? Wszyscy są powołani do zbawienia! Dlatego jej nie rozpowszechniają, że rezerwują ją dla siebie… innym zostawiając wiele innych dróg do zbawienia… mniej skutecznych?
A kontemplacja to wchodzenie w życie Boga, czyli życie Niebem już teraz… bez względu na wszelkie niedogodności czasu i przestrzeni, które są przecież przemijające.
Takie są realia. A więc czym jest obecnie (tak widziane i tak troskliwie „pielęgnowane” przez większość ludzi) życie na ziemi? Fikcją!
Przyznam, że też się daję ponosić pokusie fikcji… pisząc literacką fikcję, która tak łatwo zastępuje realność, „stwarza” świat pozorny, odbity jakby w lustrze… choć wiem, że tak jest. Ale już nią nie żyję – żyję Niebem – Bogiem!!! - który tak samo jak we mnie, w każdym jest.
7.05.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Zakochanie
Kocham wszystko: deszcz i słońce, ludzi i zwierzęta, Ziemię i Wenus, muzykę i milczenie, rozgwar i patrzenie, smak i wygląd, piękno… gdyż we wszystkim jest, gdy się nie wyklucza, nie klasyfikuje, nie hierarchizuje… a przyjmuje takim, jakie jest – jakim je On stworzył i ukochał, gdyż jest Miłością. Pławię się w Jego strumieniu, morzu, oceanie, w jego górach, lasach, jeziorach, w Jego chmurach, błękitach, przestrzeniach świetlistych, zawsze jasnych, nic nie ukrywających, nic nie potępiających, wszystkim zachwycającym się… nie fantazjującym, ale przytulającym, obejmującym, nachylającym się w uśmiechu, w radości, w patrzeniu z czułością… obezwładniającą dobrem.
Kocham Jego… i ją, jego, syna, córkę, znajomego, nieznanego, przeczuwanego i spotkanego… każdego, choć jedynego, niepowtarzalnego, swoistego… Jego, w którym wszyscy jesteśmy… piękni!
8.05.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Pustka
Przyjąć z pokorą, że jestem stworzonym przez Boga, czyli przez stwórcę wszystkiego, co jest: cały wszechświat - jakoś mi już znany z doświadczenia i prócz tego całkiem mi nieznane „światy” duchowe, o których mam przekazy od Niego… jest największą radością. Jestem od razu w Jego Objęciach, gdyż On niczego innego nie pragnie, jak tego, abym przyjął w swej wolności, darowanej mi przez Niego… Jego - Prawdę, którą jest. Inna przecież nie może być, skoro On wszechświat stworzył i nadał mu prawa – przecież nie kogoś innego (gdyż takiego kogoś nie ma), ale Swoje! Wszelkie wątpliwości od razu znikają – jestem w ramionach Sprawcy wszystkiego, co jest!
A skąd się wzięły wyobrażenia, że mogą być inne „światy”? Najprostsza odpowiedź – z fałszu, że takich „światów” nie ma, na który to fałsz sam Stwórca pozwolił, abym mógł przez wiarę w Niego, je przyjąć… lub odrzucić. Dlaczego dał nam taki wybór? Nie mógł nam tego wbić do głowy jako constans i mieć spokój? Mógł! Ale nie chciał stworzyć kolejnego zwierzęcia, który ma wytyczoną od początku ścieżkę życia. Nie byłoby w nas nic, co by Jego, Stwórcę, przypominało. Postanowił zaryzykować i dać nam możność odrzucenia Jego, czyli jedynej prawdy jaka może być.
Po co? Dla zabawy? Mógł znaleźć inne sposoby igraszek z samym sobą, które by nie wymagały aż ofiary Odkupienia, sprowadzenia (mimo ich złego wyboru) swoich stworzeń na właściwe tory. Dla sprawdzenia… czego? Że Jego stworzenie może źle wybrać? Wiedział to od początku, było to wpisane od razu w prawo wyboru. Więc po co?
Jedyna odpowiedź zawiera się w relacji międzyosobowej: aby ona była… nie tylko między Osobami Boskimi, ale rozlewała się w Niebyt, w pustą „przestrzeń” poza Boską… choć bez niej, nie mogącą istnieć… I na tym polegał ten wybór: stwarzam kogoś innego niż Sam Jestem, gdyż w ten sposób rozszerzam Siebie… po za Siebie!
Po co?! Aby swoją radość stwarzania, powoływania do życia rozszerzając mieć jeszcze większą Radość… a z Nią bliskość, subtelność, bo moc i siła jest tylko… konieczna dla utrzymania w „ryzach” stworzenie, ale nie wyczerpuje nieogarnioności (w każdym zakresie!), nie ogranicza kreacji, twórczości… kochania, bliskości, czułości… którą Bóg Jest. Aby nie tylko On miał możliwość zachwycania się innością… z Siebie wziętą, a jednak po za Nim będącą…
Nie ma innego znaku nieogarnioności jak niemy, niewyrażalny wielokropek… zachwytu: co to może być?
Tak, to jest niewiadoma, tajemnica… którą mamy wszyscy w sobie, gdyż jak inaczej pytalibyśmy, zastanawiali się, wybierali – nie tylko nudzili się po kolejnej imprezie, która powoduje następną, trochę zniuansowaną, ale wciąż podobną? A Bóg jest z natury swojej INNY - w każdym calu!
Niektórzy nazywają TO fascynującą Pustką…którą można wypełniać nieskończonymi światami. Każdy z nas może być takim jedynym, niepowtarzalnym światem… wciąż dopełniającym się.
9.05.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
JESTEŚMY!
„W pierwszych wiekach chrześcijaństwa (…) uwielbialiśmy Tajemnicę Trójcy Świętej nie słowami Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu, ale Chwała Ojcu przez Syna i w Duchu Świętym. Dynamizm trynitarny bardziej wyraźny był w doksologiach strarochrześcijańskich. Ważną rolą Ducha Świętego jest upraszczanie, wyciszanie i podporządkowywanie nas Jezusowi, Wcielonemu Słowu, który następnie prowadzi nas w głębiny Ojca. To nie następuje jedno po drugim, ale jest potrójnym dynamizmem. Czy to poprzez księgę natury, czy księgę Pisma Świętego, czy żywą tradycję, która wszystkich nas łączy, pewnego dnia Duch Święty dotknie naszych języków i zmusi do milczenia przed obliczem Niezgłębionego” (Martin Laird OSA – Głębia serca).
Tak, to nasze gadulstwo – nie tylko zewnętrzne, przez usta, głos, ale głównie wewnętrzne, myślowe - będzie musiało ucichnąć, abyśmy usłyszeli Boga, a dokładniej – zanurzyli się w Jego Ciszy, która jest Źródłem wszystkiego, co jest. „Tam” się zaczyna wszystko - z Niczego… grzmot i szept, odległość i bliskość, krzyk i ukojenie, złość i radość, miłość i nienawiść, zazdrość i zachwyt… zadziwienie… jak muzyczne zawieszenie między jednym a drugim tonem – pauza, która jest wszystkim i wszędzie, pustka życiodajna, tryskająca radością istnienia. Bo już j e s t !
15.05.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Równowaga
Być tym, kim się jest (nie tym, którego sobie wymyśliłem i którego „stworzyła” kultura), zachowywać się tak, jak tego wymaga chwila i okoliczności – cieszyć się spokojem ducha i serca… choćby gromy spadały z nieba, a wszystko w ludzkim kłębowisku wskazywało na gwałt i niesprawiedliwość. To nie jest ta, tak zwana, „zimna krew” – to jest pewność, że jestem synem, córką Boga, który nie wypuści ze swojej ręki swojego stworzenia… gdyż jest Jego.
Kiedyś, dawno temu, napisałem krótkie opowiadanie (Woda życia) o jednym ze spotkań po latach, w którym głównym bohaterem nie był narrator, a oczekiwany przez wszystkich kumpel z lat młodości, ksiądz… zawsze skromny i usłużny. Gdy go spotkaliśmy… był wciąż taki sam! Miał w sobie spokój ducha i serca… i ma nadal, choć od wielu lat nie spotkaliśmy się. Jestem tego pewien, gdyż on „od zawsze” wiedział, skąd pochodzi i do kogo należy.
25.05.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Dookreślanie
Zapatrzyć się w kogoś lub coś, to czekać, aż się on, coś odsłoni i ukaże swoją jedyność. Nie tylko trzeba do tego pokory, ale i uważności, skupienia się nie na sobie – trzeba dać wolną przestrzeń… od siebie: trzeba zniknąć! Wtedy otwiera się nieokreśloność, pustka, cisza… albo przerażająca, gdy się sobie uświadomi, że właśnie zgubiło się siebie; albo zachwycająca, gdy się wyczuje obecność kogoś lub czegoś. Nie trzeba własnych potwierdzeń siebie: co tam ja!, gdyż może się za tym czaić pycha. Niczego innego nie trzeba – tylko trwania. Przyzwyczailiśmy się do lęków, zagrożeń, którymi się sami karmimy lub karmią nas nimi inni. To jest swojskość. A tylko trwanie? Po co?! Nic się nie dzieje! Jak się w czymś „zahaczyć”, gdy tego nie ma, albo może tylko będzie? W pustce, ciszy, nieokreśloności? A tu się okazuje, że to pustka od myśli nas przeraża! Nie myślę – więc mnie nie ma! Ale przecież niby „bezmyślny” - jednak jestem! Wreszcie niezależny od siebie! Wszystko mam „z głowy”! Co za ulga, co za wolność i co za radość! Zależę od kogoś, od czegoś – nie od siebie! Jestem jak wiatr – lecę! I wtedy sobie uświadamiam – lecę, wiec jestem! Nie dlatego jestem, że myślę, ale dlatego, że nie myślę. To Kartezjuszowi wszystko się pokręciło? Nie potrafił istnieć bez myślenia, nie potrafił istnieć bez własnego kołowrotka obrazów i argumentów… i zaraził tym miliony. Zapomniał, że aby myśleć, to najpierw trzeba istnieć? Człowiek nie jest samym rozumem, ma uczucia, czegoś chce, czyli ma wolę i może po prostu niczego nie chcieć i o niczym nie myśleć. I wcale nie ginie – jest. Tylko, że to j e s t, jest takie nieokreślone, nie można go „złapać” nawet myślą. Tylko wyczuciem? Bo czuję, że jestem… tzn. byłem i będę, bo jak tu złapać moment „teraz”, gdy wszystko płynie, czyli albo już było, albo dopiero będzie i to odnosi się nie tylko do myślenia, ale tym bardziej do patrzenia, dotykania, wąchania… dziania się wokół mnie i we mnie. Więc o czym tu piszę? Nie można opisać trwania, istnienia, teraźniejszości… a jednak o tym piszę! Chcę coś dookreślić, czego się określić nie da? Chyba tak… A jednak, podobno, jest coś takiego, co nie argumentuje i nie przeciwstawia się – po prostu j e s t… wolne, niczym nie skrępowane, niczemu się nie dziwiące… i nie jest martwotą, ale życiem. Niektórzy piszą: samym istnieniem, czystym istnieniem – byciem, Bogiem.
Jak wiele czasu trawimy na pozwalanie myślom i obrazom konkurować z sobą tylko po to, aby zabić czas, miast chociaż trochę poświęcić go na dookreślanie tego, co nieokreślone. Niech ilustracją tych żalów będzie krótkie opowiadanie pt. „Marnotrawstwo”.
31.05.2017r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Wołanie
Przestańcie wreszcie rywalizować, jakby Bóg przez Zmartwychwstanie swojego Syna nie przyniósł zbawienia w s z y s t k i m i w s z y s t k i e m u! Przestańcie dzielić na tych, co zasługują i tych, co nie zasługują, bo wszyscy zasługują tylko dlatego, że wszyscy przyszli od Boga i do Boga dążą – nieświadomie bardziej niż świadomie! Ale zadbajmy, aby jak najwięcej szło do Boga świadomie, bez strachu, bez wykluczania, bez wywyższania się nad innych, choć tego ostatniego uczy nas prawie powszechnie wszystko, co ludzkie i ziemskie, czyli nasze ego, nasze ziemskie struktury, nasze ludzkie wyobrażenia o porządku i skuteczności, tak szeroko rozlane po kulturowej i każdej innej świadomości współczesnego człowieka. To zaślepienie, skupianie się tylko na sobie, doprowadza aż do wybuchów gniewu tych, co powierzyli się Bogu, może nie całkiem świadomie, ale z wrodzonego przeczucia, z tego, co w sobie od zawsze mieli, czyli z Boga, który w nas mieszka, czy tego chcemy, czy nie, mając do wyboru jedynie zgodzić się z tą Prawdą, albo Jej zaprzeczyć, skazując się na życie w fikcji… aż do śmierć, gdy jasność Boga przebije to zaślepienie, stawiając przed lufą miłosierdzia całe dotychczasowe, swoje wyobrażenie o Bogu, sobie i świecie. Bóg jest Miłością i nie wypuści ze swoich Rąk nikogo i niczego: kogo i co stworzył… z własnej woli.
Przeżyłem taki gniew, gdy od przyjaciół musiałem wysłuchiwać o swojej inności i wyjątkowości odczuwania Boga, wiedząc, że to było jedynie asekuracją z ich strony, przed powiedzeniem Bogu wprost, że są z Niego i do Niego dążą i nie wstydzą się tego oznajmić w każdej sytuacji, nawet będąc na rauszu, przy zabawie w dobrane towarzystwo, wyjątkowe i tylko swoje. Moje nerwy nie wytrzymały, ale przekonania ich nie zmieniły – wpadli w panikę przed wyzwalającą i przerażającą ich prawdą, że Jezus na weselu pomnożył wina w sposób tak obfity, nie dlatego, aby mógł upić całe towarzystwo stokrotnie, ale dlatego, że On jest bez miary w czynieniu dobra, że tylko On może zamienić nawet pijaństwo w swoją chwałę. Dla Niego nie ma żadnych klasyfikacji, lepszych lub gorszych miejsc – dla Niego wygrywają wszyscy, tylko dlatego, że jest Obfitością niezmierzoną, w której topi się każdy zły manewr Jego stworzeń.
Fundamentaliści religijni zjedzą mnie na widelcu grzechu, a ateiści na łyżce nieobyczajności i nielogiczności. Ale logika Boga przewyższa kalkulacje kleru i żelazne dowody nauki – jest logiką miłości, żywą, nie zbudowaną jedynie na rozumie, tak skłonnym do wyobraźni samozadowolenia i przeciwstawiania swojej racji – innej racji. Logika Boga pomieści wszystko, jest jak bezdenny ocean dobra, po którym pływają źdźbła zła i fikcji, gdyż nie mają innego nośnika. Od czasu do czasu przyjdzie fala miłosierdzia i obmyje je i przyjmie do swojego wnętrza.
12.06.2017r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Cywilizacja ludzka
Cywilizacja jest sprawą czasu i przestrzeni: powstaje i znika jak czas i kształt. Nie ma trwałej postaci wytworów ludzkich, nie ma wiecznego ich trwania – wciąż się odmieniają: umierają, rozpadają się… i „zmartwychwstają”! W czasie przybierają wciąż nowy, niepowtarzalny kształt, aż po ten, wciąż nam nieprzyswajalny, choć przeczuwalny Kształt Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. To jest ostateczny nasz kształt – już nie tylko ludzko-ziemski, ale bosko-ludzki, czyli duchowo-materialny w pełnej harmonii. Jest bezczasowy, a jednak w czasie uwiecznionym - może przybierać nowe kształty, niosąc na sobie te, które przeminęły (najgłębsze rany, nabyte podczas czasowego życia). To jest to „wiano” cywilizacyjne na bezczasowość życia.
Czy będą nam potrzebne domy, samochody, telefony i inne akcesoria naszego cywilizacyjnego życia? Nie! Jezus przechodził przez drzwi zamknięte, ukazywał się w dowolnym miejscu i dawał się poznawać nie po swoich, zapamiętanych lub w materii utrwalonych rysach twarzy, ale po ranach i sposobach zachowania: przejął zmienność jako swój bezczasowy atrybut. Przekracza to nasze, cywilizacyjne wyobrażenia, ale nie znika z pamięci bezprzestrzennej – wiemy, że jest… choć tylko oczami wiary, ale to my w to wierzymy, czyli to „coś”, wiara, jest, trwa w nas! Już więc jesteśmy bezczasowi!
Czy potrzebne będą nam zmagania, konflikty, te „motory” cywilizacyjnego życia? Nie! Chrystus przybywając do skonfliktowanych, zastrachanych uczniów, powiedział: pokój wam! Nadawał wszystkiemu wokół nich i w ich „środku” znamiona miłości. Nie zniknęła ich odrębność, ale zbędne było ścieranie się ich „materii”, tego naszego, cywilizacyjnego niezbędnika. To harmonia między nimi eliminuje starcia, choć nie znosi różnic – jest stałą wymianą ich „zasobów” duchowo-cielesnych, która nie eliminuje niczego, a wszystko od innych brane ją wzbogaca… sama innych obdarowując sobą. A do tego wszyscy chcą, aby tak się działo! Nikt już nie mówi – nie!... a dzieją się niesamowite rzeczy, o wiele ciekawsze niż to wynika ze starcia przeciwieństw!
Nie tak będzie od razu po drugim przyjściu Chrystusa, gdyż w czasie tysiącletniego Jego królowania, będą musiały zniknąć wszelkie opory, wszelkie „nie” stawiane woli Boga (patrz Apokalipsa św. Jana). Bóg jednak niczego na nikim nie wymusi – przedstawi natomiast jasną alternatywę życia bez braków, z nieogarnioną możliwością działania, wciąż nowego, wynikającego z bezczasowości, która „wchłonęła” czas – wybór wciąż będzie możliwy. I dopiero potem Chrystus odda wszystko Ojcu i będziemy tacy, jakich nam objawił Bóg w Jezusie Chrystusie Zmartwychwstałym.
13.07.2017r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Bóg we mnie - ja w Bogu.
Zatytułowałem swoją stronę autorską: „Jak odkrywałem i odkrywam drogę do Nieba”, jakby Niebo było gdzieś daleko, za wielką przestrzenią czegoś nieokreślonego i niedefiniowalnego, do którego trzeba dążyć pod pręgierzem nakazów i zakazów, bo łatwo można je stracić, można do Niego nie trafić, gdyż Ono chowa się za moimi grzechami, przewinami, niedoskonałościami. Muszę wciąż być czujny, spięty, gotowy na odrzucenie, jakby Ono było tylko dla wybranych, a ja przecież w żaden sposób się do nich nie zaliczam. Tylko garstka może się tam dostać, zasłużywszy sobie na to w ściśle określony sposób, co niedziela wykładany mi w kazaniach… które i tak do mnie nie trafiają, gdyż kolejnej niedzieli znowu muszę wysłuchiwać pouczeń, jakbym nic z poprzedniej niedzieli nie zapamiętał… i to pod karą grzechu. I tak do końca życia, a potem i tak nie wiadomo, czy się tam znajdę, czy na Niebo zasłużyłem, gdyż jest to zawsze ścieżka kręta i niebezpieczna. Tak mnie karci Dobry Bóg w każdej minucie mojego życia? Kto mi utworzył w umyśle obraz takiego Boga i nasycił Nim całą moją percepcję świata?
Religia, która z definicji znaczy łączenie – nie rozdzielanie, wybieranie? A jednak właśnie tak jest! Gdyż w każdej religii jest anty religia, pierwiastek ludzki. To nie Bóg wyklucza, odrzuca, zamyka drzwi i stawia jednych nad drugimi. W Bogu wszyscy się zmieszczą, gdyż wszyscy od Niego pochodzą i do Niego należą. Więcej – wszyscy otrzymują Jego gen, pierwiastek, a na dodatek dostają całe otoczenie tego genu, a więc życie. Jak więc Bóg może odrzucać coś swojego? Nie może! Ale ja mogę Go odrzucić, choćby to była tylko operacja myślowa, nic z siebie nie rodząca, nie materializująca się…gdyż tak zdecydował – dał nam taką możliwość. Dlaczego nam ją dał, gdy to jest po prostu fikcja – jej materialnie nie ma! Ale duchowo – jest! Jest sprzeciw wobec oczywistości, że wszystko jest z Boga i w Bogu, jest sprzeciw wobec Prawdy, która nie może być i n n a, gdyż Nią samą jest Bóg. Nie jest Ona jakąś myślą, do nikogo nie należącą, „latającą” gdzieś tam sobie w nieokreślonej przestrzeni, gdyż takiej przestrzeni nie ma! Cała „Przestrzeń” jest Bogiem… także ta mikrokosmiczna, makrokosmiczna jak i poza kosmiczna, czyli duchowa. A każdy z nas posiadając w sobie pierwiastek Boski, wcale nie musi wybierać się w pozaświaty – wystarczy, że wejdzie w siebie… Dlatego święty Augustyn wołał w olśnieniu, że tak długo szukał Boga wszędzie po za sobą, aż znalazł Go w sobie. A jeżeli mamy Boga w sobie, to jak można Go klasyfikować, odrzucać, wykluczać, dopuszczać lub wyganiać? On zawsze jest – nie najpierw nie był, a potem znalazł się. Nie trzeba przebywać żadnej drogi… poza śmiercią… chyba że we własnym wyobrażeniu lub w książce, filmie - w oczywisty sposób operujących fikcją.
O czym więc prawią nam kaznodzieje co niedziela? Jak mamy przebywać tę drogę, której nie ma? Dlaczego tak nas karmią fikcją? Bo nie wierzą, że Bóg w nich jest, że łatwiej – strasząc - mogą sprawować fikcyjną władzę nad wiernymi, mogąc rozdzielać zbawienie?
No tak… ale jak nauczać modlitwy kontemplacyjnej, gdy się ją z góry (jest tylko dla wtajemniczonych!) rezerwuje dla nielicznych? Trzeba by cały zwyczaj religijny odwrócić do góry nogami. A tyle kościołów pobudowano, gdy trzeba jedynie uświadamiać, że świątyniami są nasze serca, a rzadkością jest zgoda na samotność… a tak naprawdę, że jej wcale nie ma, chyba że w wyobrażeniu.
15.07.2017r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Dynamika troistości a marazm dwoistości
Panie, mamy się wpatrywać i wsłuchiwać w różnorodność myśli i czynów, które wokół nas się kłębią, ale też jakoś tam – z czasem – harmonizują. Nie mamy od razu odrzucać czegoś czy coś, co nas zaskakuje, zbija z tropu – mamy w nie się wpatrywać i je wysłuchiwać, gdyż świadczą o nieogarnionym bogactwie Twoich stworzeń, wziętą z Ciebie – Nieogarnionego, stąd zawsze Nowego, Niespodziewanego, wynikającego z samej Twojej natury Jedyności, Niepowtarzalności, nam przecież wszczepionych i wszystkiemu, co stworzyłeś. Nie mamy z sobą walczyć dlatego, że to coś jest tylko nasze, moje, ale jest od Ciebie w takiej różnorodności wylewane, że dla nikogo, niczego nie zabraknie, gdyż wszystko możemy otrzymać od drugiego, aby go z kolei sobą ubogacić. Wszyscy jesteśmy Twoim ciałem i każdy z członków jest niezbędny dla działania całości, gdyż inaczej kuleje, źle działa i Ty wciąż musisz te błędy, dziury naprawiać, łatać… ale to chętnie robisz, gdyż wiesz, że kiedyś to pojmiemy i… zrozumiemy, że nie musimy z sobą walczyć, gdyż wszystko, co jest, jest dla nas wszystkich w nieprzebranym bogactwie! I tylko tą metodą – metodą miłości, darowania, aby być obdarowanym – możemy do tego doprowadzić. Nie mamy się bać Ciebie, ludzi, żywiołów, ale wszystkiemu i wszystkim ufać, mówić „tak”, a wszystkie „nie” staną się zbędne. Wtedy dopiero wyjdziemy po za zaklęty krąg dwoistości przeczeń, przeciwstawiania się, a znajdziemy się w troistości wiecznego obdarowywania się nawzajem… jak to Ty czynisz przez Syna, w Duchu Świętym… w tym Troistym Kręgu Dobra, nie mogącym się zatrzymać, bo pozaczasowym, gdyż jest Jedyną Pełnią i Jedynym Wszystkim!
22.07.2017r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Za mała pojemność wszystkich twardych dysków…
Panie, jak daleko odeszliśmy od rozumienia Pełni! Skupiamy się na tym, co jest najbliżej (na zewnątrz i wewnątrz) nas, czyli na materii i psychice, i wszystko, co nie jest materią i psychiką, chcemy im podporządkować. A zawsze – jak nam pokazują Pisma i Tradycja – byliśmy jednością duchowo-cielesną i zdawaliśmy sobie z tego bardziej sprawę, niż obecnie, gdy nauka zamknęła nas w kręgu tego, co mierzalne i powtarzalne. A jesteśmy od zawsze, jeszcze przed stworzeniem świata, czyli przed utworzeniem materii, Twoimi, który nas stwarzając poza czasem, nadałeś nam imię, które jest jedyne, ale wpisane w Twoją Pełnię.
A my staramy się sami stworzyć sobie swoje imię, czyli nasz wizerunek, aby odróżnić się od innych, a ponieważ nasza wyobraźnia jest tak ograniczana przez prawa materii i psychiki, robimy z siebie zlepek różnych cech, które nam ktoś inny wciska jak reklamę… i w efekcie robimy się standardowi, sztuczni, powtarzalni, wcale nie oryginalni. Czynimy to przez większość swojego życia, aż pojmiemy, że wcale nie jesteśmy oryginalni, gdyż zawsze ktoś podobny do nas już był, albo będzie w tym standardowym świecie i tak kręcimy się jak w zaklętym kręgu praw i reguł. A jesteśmy z Twojego rodu – Jedyności w Pełni.
Jak siebie pomniejszamy, degradujemy, choć sami sobie wmawiamy, że a to jesteśmy podobni do takiej a takiej gwiazdy, do takiego a takiego idola, do takiego a takiego świętego… i wpadamy w pychę – nawet nie swoją, bo opartą na cudzej. A wcale się nie musimy pysznić, gdyż otrzymaliśmy jedyność od Tego, który sam jest Jedyny, a postanowił tę swoją jedyność rozlać poza siebie.
Kiedyś poszukiwaliśmy znaków na niebie, gdy się ktoś rodził, gdyż wyczuwaliśmy jeszcze tę jedność ze wszystkim, co jest. Teraz wszystko rozdrobniliśmy na detale, badamy rzeczy i siebie, sprowadzając to do najmniejszych cząsteczek; zapisujemy to w komputerach, porównujemy, wyciągamy wnioski… i wciąż gubimy się w ogromie nieogarniętych przejawów życia. Nawet samą Pełnię podzieliliśmy na sacrum i profanum.
Bo nie od tej strony, co trzeba, zaczęliśmy oglądanie rzeczywistości – nie od Tego, który jest źródłem wszystkiego i podaje nam jak na tacy, za darmo, drogowskazy do zrozumienia wszystkiego. Sami chcemy dojść do przyczyny wszystkiego, obserwując, zapisując i analizując zaobserwowane rzeczy i zjawiska, jakbyśmy już znali kod wszystkiego, tylko teraz musimy go rozpisać na czynniki pierwsze. A możemy być bogami, czyli Jego potomkami bez takich ambicji – za darmo! I o dziwo, było to prostsze dla naszych „zamierzchłych” przodków niż dla nas, którzy uważamy się za „kraniec” ludzkiej cywilizacji i co rusz ogłaszamy koniec naszych zmagań z rozpisaniem wszystkiego na czynniki pierwsze. A może zabraknie nam pojemności komputerów, aby to naszą metodą zapisać i przeanalizować? Bo jak napisał święty Jan: za mało jest miejsca na całym świecie, aby pomieścić wszystkie księgi czynów Zbawiciela…
5.08.2017r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Jedność
Panie, dlaczego tak trudno mi pogodzić się z tą prawdą, że Ty jesteś we mnie a ja jestem w Tobie!? Dlaczego?! Bo całe moje życie było w cieniu nauk, że jesteśmy tak od siebie oddaleni, że jest to wprost nieprzekraczalną dla mnie przepaścią. Tyle nauk „mądrych” ludzi (tych, dla których Twoje słowo jest głupstwem, choć tego nie mówią wprost) odwodziło mnie od jedności z Tobą, że czułem się wciąż mały, niegodny, po prostu zły i nic nie potrafiło mnie z tego przekonania wyprowadzić, nawet usilne Twoje przekonywanie mnie, że jest odwrotnie – gdyż jesteśmy z natury jednością! Mam w sobie Twoje DNA czy tego chcę, czy nie! Mam jedynie to uznać swoją wolną wolą – niczego innego ode mnie nie wymagasz.
A skąd się wzięli ci „mędrcy”? Zawsze byli i prawdopodobnie będą we wszystkich religiach – także tej „naszej”, „jedynie prawdziwej”, „niepodważalnej”, choć święty Paweł tak dramatycznie wołał, że nic nie jest w stanie odłączyć go od Twojej miłości, a Jezus Chrystus, nasz brat, Ty, Panie, mówiłeś nam, że jesteś jedno z Ojcem i krzyczałeś wprost na faryzeuszy, aby nas nie oddzielali od Boga, gdyż po to Ojciec Cię zesłał na ziemię, wcielił też we mnie i wszystko wokoło, aby tę moją, wymyśloną przeze mnie samego, przepaść, zasypać. Ale ja wciąż z uporem maniaka wolę sobie tworzyć tę inność, niekompatybilność mnie z Tobą, aby kim być? Samotną wyspą, tylko od siebie samego zależną? Gdy wszystko wokoło mówi mi, że to jest jedynie moją ułudą? Że nie potrafię żyć bez innych i tego wszystkiego, co wokół mnie jest… Tak przecież jest!
Nie, już nie daję posłuchu współczesnym faryzeuszom i mędrkom – Twoje słowo jest Prawdą i Tobie wierzę - nie im!
16.08.2017r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Rzucić się w Miłość
Boże, Boże… Wobec nijakości innych kazań, dzisiejsze rozważania księdza W. były orłem w kurniku, które mnie jednak tylko zdołowały, podobnie jak dobra książka ojca T. D. dosyć precyzyjnie ujmująca nasze zmagania ze swoim egoizmem. Tak, to prawda… ale jaka pesymistyczna! Jak mamy wyjść ze swojego upadku, który przekracza nasze przyrodzone zdolności, nie dając nam nawet migotu Twojej świetlistości, którą nam darowałeś od zawsze, od momentu stworzenia, gdy jeszcze nie mogliśmy popełnić żadnego czynu, aby można było powiedzieć, że zgrzeszyliśmy. Grzeszymy dopiero później, gdy nam to uświadomią rodzice i księża, nic nam nie wspominając, że jesteśmy urodzeni z Twoim DNA!
Wtedy wpadamy w dół… może nie rozpaczy, bo jeszcze na takie rozeznanie nas nie było stać, ale wpadamy w dół niemożności wyjścia z upadku… bez trudu, zmagania, heroizmu wprost prostowania się do obdarowania Twoją świetlistością, Twoim Obrazem! Jakby to nie był Twój, Bezinteresowny, Dar?! Jakby to nie było Twoje Pierwotne Błogosławieństwo, dane przy stwarzaniu wszystkiego, co jest nami i dla nas… gdyż życie na ziemi zaczęliśmy od upadku, od nieposłuszeństwa!? Przecież Twoja Księga mówi co innego! Co innego mówią też doświadczenia mistyków, opisujące nieogarnione „rozmiary” naszej duszy, naszego pierwotnego „ja”. Ale nam wmawiają, że te doświadczenia Ciebie są tylko dla elity, dla wybranych, dla większości nieosiągalne i do końca życia mamy żyć w strachu przed Tobą, bo przecież nawet nawróceni, możemy znowu wpaść w ten swój głupi dół odstępstwa, jakby święty Paweł nas nie przekonywał, że po przyjściu Twojego Syna, nastała epoka wyzwolenia spod prawa, spod Twoich nakazów, które dałeś Izraelitom, aby się nie pogubili w tym bałwochwalczym, nieświadomym Ciebie, świecie. Pokazałeś nam w Jezusie Chrystusie nasze korzenie i nasze przeznaczenie, które dla nas odkryłeś poprzez Krzyż, czyli Miłość. Tak, Jezus Chrystus raz i na zawsze umarł, aby nas wyzwolić od pęt śmierci i już Zmartwychwstał, a my z Nim, gdy Go uznamy swoją wolą. Tylko tyle i aż tyle! Tylko żyć w Twoim Synu i… aż żyć w Twoim Synu! Co za radość, co za wielkość, co za wspaniałość! Cóż przy Twojej świetlistości znaczą nasze skazy, upadki, niepowodzenia, gdy od razu wiemy, jak z nich wyjść i to przy Twojej pomocy! Gdzie tu miejsce na pesymizm?! Chyba tylko w naszej głupocie… i asekuranctwie księży, którzy wolą dmuchać na zimne, niż zachęcać do rzucenia się w Twoją Miłość.
20.08.2017r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Źródło niewyczerpane
Boże, Synu Boga, nie możesz być zamknięty w tabernakulum, gdyż wtedy jesteś dostępny jedynie dla „wybranych” – nie dla wszystkich, którzy jedzą Ciebie pod postacią chleba i wina, czyli w ogóle – jako pokarm. Powiedziałeś, że tam gdzie dwoje lub troje zbierze się w Imię Twoje, tam Ty jesteś pośród nich – wszędzie, a nie tylko w budynku kościelnym, gdzie mieści się tabernakulum. Zresztą już od dawna jest rozdawane Twoje Ciało na różnych placach, miejscach, gdzie się w Twoje Imię zbierają… a apostołowie w ogóle nie myśleli w ten sposób, jedząc posiłki w domach i miejscach zgromadzeń. Była tylko kwestia godnego spożywania Twego Ciała, czyli Twojego pokarmu, a więc tego samego czym jesteśmy jako Twoje Ciało, a dopiero potem zamieniono to w martwe punkty Twojego pobytu w kościołach, także wtedy, gdy tam nikt nie przebywał. I tak siłą nawyków, ograniczano Twój pobyt wśród nas, aż doszło do eliminowania wielu w imię nowo stworzonych przepisów porządkowych, a przepisy stały się martwe, abstrakcyjne siłą rzeczy: poprzez nawyk, obojętność, brak świadomości, że Ty jesteś wszędzie i zawsze z nami, nie tylko pod jakąś ukrytą postacią, ale jawnie – w pokarmie, który w Twoje Imię spożywamy. Wyraźnie przecież powiedziałeś biorąc chleb i wino do ręki: to jest ciało Moje i krew Moja – chleb i wino, ten sam, który jedli apostołowie, a więc pokarm dla nas, nie jakoś specjalnie przemieniony opłatek i wino w kielichu, bo jesteś przecież we wszystkim – nie wszystkim, ale we wszystkim, co jest cielesno-duchowe – tym bardziej teraz jest cielesno-duchowe po Twoim Zmartwychwstaniu. Nie da się już teraz go rozdzielić i w tym sensie jesteś „kosmiczny”, jesteś we wszystkim. Gdyż dla Ciebie Ojciec wszystko stworzył, a my żyjemy w Bogu, czyli też już teraz w Tobie, Jezu cielesny i duchowy zarazem, czyli ludzki. I tak wyzwoliłeś nas z więzów podziałów, które wciąż w naszej świadomości przechowujemy, a praktyki podziału na godnych i nie godnych wciąż nad nami ciążą. A wszyscy jesteśmy Ciebie godni, gdyż to dla nas uczyniłeś - swoją zgodą wcielenia się w materię, aby być takim jak my – bez tego buntowniczego chcenia bycia podzielonymi, czyli bycia wywyższonymi nad innymi, gdy wszyscy mamy miejsce w Tobie, jako już też Twoim Ciele - według Twoich rozporządzeń. Nasza niezgoda na taki stan może zaistnieć, ale to nie może zmienić Twoich faktów. Może jedynie nas pozostawić w tym dziwnym, bo fikcyjnym stanie – po za Tobą, czyli po za Rzeczywistością, którą jedynie Ty Jesteś. Inna rzeczywistość, czyli ta, którą filozofowie wymyślili jako zgodną z naturą, po prostu przestała być prawdą, gdyż cała natura jest w Tobie (ale nie Tobą!), a nie jest autonomiczną, niezależną od Ciebie. Stąd te ciągłe nasze niepowodzenia, gdy coś odkrywamy i na tej bazie budujemy i wciąż to coś nie jest doskonałe, czyli nie psujące się: nie ma Twojej pieczęci, gdyż Bóg jeszcze nie zarządził powstania nowego nieba i ziemi. Ale już wiemy, że takie będą, gdy Ty przyjdziesz, ostatecznie nas i wszystkie inne Moce i Władze o tym przekonasz i oddasz wszystko we władanie Ojca, gdyż jest Twoje i tylko Ty możesz je Ojcu w swojej wolności przekazać, bo tak działa Miłość. Wtedy Wszystko będzie we wszystkim: będzie oddawanie wszystkiego, co się ma, aby w takiej samej wolności otrzymać wszystko od innych – w ciągłej wymianie, jak to jest także w jakimś stopniu już teraz, ale wtedy zbędna już będzie śmierć, ta mocna, nie respektująca wolności woli siła. Wola wszystkich i wszystkiego będzie zgodna z Wolą Boga Trójjedynego, czyli oparta o Miłość, czyli ufność, że nic nie można stracić, ale wszystko można zyskać. Wszyscy wygrywają – nie tylko nieliczni, bo jesteś Źródłem nie do wyczerpania, dla wszystkich nie tylko wystarczy, ale każdy będzie mógł być nadmiarem!... jak Ojciec przez Syna i w Duchu Świętym JEST.
31.08.2017r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Wyznanie
Panie Boże – ja wiem czyj jestem! Jestem Twój i zawsze nim byłem, choć mogło mi się nieraz wydawać, że było inaczej. Ale Ty powiedziałeś za nas wszystkich, a więc i za mnie, do Ojca, aby przebaczył, bo „nie wiedzą, co czynią”. Tak, nieraz nie wiedziałem, co czynię, ale wiedziałem, kto mi może wybaczyć i że tylko do Ciebie mogę z tym się udać… bezpośrednio, najprościej, bez zbędnych formalności, gdyż jedynie Ty jesteś Prawdą, Dobrem i Pięknem. Nikt i nic nie może mi Cię przesłonić, a wszyscy i wszystko może mi Cię objawiać, gdyż wszystkich i wszystko stworzyłeś, bo w Tobie wszyscy i wszystko jesteśmy jedno! Nikogo i niczego nie wolno mi wykluczać, choć tak łatwo przychodzą do mnie pokusy, aby dzielić, klasyfikować, wywyższać i poniżać. Ale to Ty powiedziałeś, aby nas Ojciec chronił przed pokusami, a dał nam Swoje zbawienie. I teraz wiem już, że to moje, kulturowe, zwyczajowe, ziemskie „ja”, które sam sobie utworzyłem tak twierdziło i nieraz jeszcze się odzywa, aby się bronić przed koniecznym ustąpieniem, choć coraz słabiej to czyni, gdyż to właściwe, Twoje, a moje „ja” - jest już pewne siebie, czyli Ciebie – w Tobie jest! – choć nie może być Tobą! I za to chwała Ci, Panie!, bo w Tobie, j e s t e m i nikt i nic nie może mnie Tobie odebrać – nawet ja sam.
I na tym mógłbym zakończyć pisanie na tej stronie autorskiej, ale przecież jak Ty znasz moje myśli, tak ja Twoich nie znam – jest to odległość niezmierzona i choć ją przedstawiano jako odległość nieba od ziemi… jest połączoną jednak Twoim Duchem – nie pustką! Który wszystko przenika, nawet głębokości samego Boga! Nic więc nie wiem o swoim życiu… co jest tą fascynacją niedookreśloności, a jednak pewności, że Duch Twój niczego nie wypuści ze swych rąk, dając jednocześnie wolną rękę Swojemu stworzeniu. Pewność w niepewności! Same niewiadome… ale jak inspirujące, tworzące, zbliżające, czułe aż po omdlenie, po oddanie się…
Tak, nie wiem, jakie będzie jeszcze moje życie, ale wiem, że będzie!
21.09.2017r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Cisza
Panie, jak nam trudno przestawić się z naszego, ludzkiego patrzenia i widzenia na Twoje patrzenie i widzenie. Jest to rzeczywiście tak różne, że wprost niewyobrażalne, ale jednak nam dostępne, gdyż zszedłeś w nasze myślenie i je starasz się wydźwignąć do Twojego. Niedawno czytaliśmy Twą przypowieść o robotnikach w winnicy, którą zakończyłeś formułą: tak pierwsi będą ostatnimi, a ostatni pierwszymi, co nam od razu wydało się niesprawiedliwe. A pokazałeś nam, że nie takimi kategoriami mamy myśleć: nie od razu klasyfikując, ustawiając jednych nad drugimi, a więc tworząc hierarchię ważności, pierwszeństwa, a stąd wynoszenia się nad drugimi. Chciałeś nam uświadomić, że takie nasze patrzenie jest tylko… nasze – nie Twoje! Zrównałeś wszystkich pracowników w swojej winnicy dlatego, aby nam zachwiać nasze niepodważalne patrzenie i widzenie. Pokazałeś, że Twoja troska o nas „góruje” nad naszą troską o sprawiedliwość, gdyż Ty Jesteś Jedyny i wszystko, co jest, od Ciebie jest i do Ciebie należy, bez względu na nasze klasyfikacje, hierarchie i podziały. Mamy się nauczyć patrzenia całościowego, jedynego i wspólnego, a więc przekraczającego kategorie i rodzaje, różnice i podobieństwa, gdyż Ty, Jedyny, jesteś we wszystkim, co jest – nie przecież na zasadzie heglowskiej, wymyślonej w naszym dualnym patrzeniu i widzeniu, ale na zasadzie Twojej jedyności, która obejmuje sobą wielość i różnorodność – jest nieustającą wymianą siebie na innych i do tego w wolności, czyli w miłosnym tańcu Prawdy, Dobra i Piękna. To jest ten Ogień Miłości objęty Ciszą.
27.09.2017r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Przeczucia i tajemnica
Panie, daj mi nie tylko odwagę, ale też cierpliwość i siłę, abym pisał o tym, co mi Twój Duch pokazuje, wprawdzie tylko w przeczuciach najpierw, lecz potem to uzupełnia i spaja te różne wątki, które wydają się być wpierw chaosem, a są Twoją tajemnicą, w jakiejś cząstce coraz pełniej mi objawianą. Przecież „wieczność” to nieskończone wyjawianie Twojej tajemnicy, którą w „Samych niewiadomych” nazwałem jako „niewiadome”… ale wciąż, bez końca mogące być rozszerzane i zgłębiane. Inaczej w „wieczności” nudzilibyśmy się kończąc na jakiejś porcji wiedzy, mądrości, miłości, które byś nam ograniczał. Ty jesteś nieograniczony, nieogarniony – taka jest Twoja natura! Jesteś tym przeobfitym Źródłem, które się wylewa i nigdy nie może zaprzestać tej erupcji. To czas i przestrzeń nas ogranicza – duch nie ma takich granic: jest po za czasem i przestrzenią, ale przez Zmartwychwstanie Twojego Syna pokazałeś nam, że ten ograniczony czas i przestrzeń wziąłeś w Siebie i nadałeś im cechy nieograniczoności, nieogarnioności w Twoim Synu, Jezusie z Nazaretu, ale równocześnie w Twoim odwiecznym, czyli przed czasowym Synu. Zrobiłeś tę dla nas niesłychaną rzecz, przerastającą naszą wyobraźnię, ale przecież nie nasze przeczucie, które w nas wlałeś. To ono jest gwarantem nadziei, że wszystkie obietnice zapisane w Pismach, będą spełnione. Musimy je wciąż rozszyfrowywać, uzupełniać, zgłębiać i rozbudowywać… jak wciąż się rozszerza Twój wszechświat, a my już kombinujemy, że przecież kiedyś i gdzieś musi być tego granica. A tu nie chodzi o granice, ale o zrozumienie, że może być coś nieograniczonego, całkiem innego niż obecnie doświadczamy, bo przecież Jan powiedział już nam, że wciąż nie wiemy, kim się okażemy po powrocie Twojego Syna na ziemię, wtedy, gdy rozświetlisz nam nową jakość Twojej tajemnicy.
Wszystkie te myśli uderzyły we mnie dzisiaj rano, podczas rorat, gdy ksiądz określił dzisiejsze czytania z Izajasza jako symboliczne, jakby nie wierzył, że Ty możesz sprawić wszystko – także możesz zmienić prawa natury, gdyż przecież Ty jesteś ich twórcą i tylko Ty możesz je modyfikować, zmieniać, przetwarzać, gdyż z Ciebie wyszły – nie są one nad Tobą, czy gdzieś tam, skądś tam, nie wiadomo skąd, bo wszystko, co jest – jest jedynie w Tobie! Po za Tobą nic nie może istnieć – także grzech odstępstwa, zło, czyli braki w dobru i tylko Ty możesz to, co się wydaje być „odrębne” od Ciebie zamienić w dobro, czyli w pełnię każdego bytu. Gdyż fikcja nie może być konkretem – może być jedynie wyobrażeniem bez ciała. A Ty ciało wciągnąłeś w swojego Ducha i nadałeś mu cechy Ducha, stąd u Pawła jest „ciało duchowe”, nie walczące z samym sobą, z tym niesamowitym połączeniem, wymykającym się naszej wyobraźni, przecież nie tylko materialnej, ale nie słuchającej się Ducha, którego też w sobie zawiera. Wciąż w nas jest ten bunt, choć podświadomie i musimy się wiele natrudzić i nabrać wiele pokory, aby to uznać nie biadoląc, ale ciesząc się, że obiecałeś nam, iż temu zaradzisz, gdy się Tobie oddamy w swojej, przewspaniałej, wolnej woli, gdyż wywodzącej się z Ciebie. I tylko to od nas zależy: oddać swoją wolę w najbardziej wolną, i jedynie wolną Twoją Wolę.
5.12.2017r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Logiczność i czułość
Chyba logiczniejszym jest, aby uznać, że „pomysły” geniuszów są wlaniem danej wizji przez Kogoś większego niż nierozumna materia, niż przekonanie, że to jakiś przypadek układu cząstek stał się logiczny sam z siebie. Uczeni przyznają, że najpierw mają intuicję, a potem w mozole doświadczeń, sprawdzania ją weryfikują, aby w końcu uznać ją (intuicję!) za prawdziwą, zgodną z działaniem układu wszechświata. Tak powstawały wszystkie wielkie „odkrycia”, którymi tak się fascynujemy… przypisując je sobie… jakbyśmy byli stwórcami tego wszystkiego, co jest. (Uśmiech pokory!)
Jeżeli w pierwszym wypadku mamy wyraźną celowość działania (ten większy Ktoś sprawia intuicję), czyli pieczę, opiekę, troskę Kogoś dla innych, to w drugim mamy suchy, zimny, niezrozumiały splot zdarzeń, który nagle „odkrywa” jakąś prawdę powszechnie obserwowaną, choć w szczegółach nie przedstawioną, na zasadzie celowości chaosu.
Dla nas, istot rozumnych, korzystna jest ta pierwsza intuicja, gdyż utwierdza nas w naszej logiczności, a ta druga sprowadza nas, rozumne istoty, do gry przypadków, tak naprawdę absurdalnych, nie mających z nami nic wspólnego (choć może i tak być). Mamy się poddać absurdowi, zamiast trwać w logiczności, choć ta logiczność jest wciąż rozwijana, wzbogacana, czyli jest wciąż inspirująca? Przecież mamy w sobie ten „głód” nowego, innego, nieznanego… ale nie absurdalnego!
Tak, Bóg jest nie tylko twórcą zasad, według których żyjemy od zawsze, ale jest Twórcą potrafiącym przekraczać swoje zasady: wciąż tworzy zdumiewające światy w każdej dziedzinie, które nas ciągle zdumiewają i przed którymi się nieraz bronimy… gdyż chcemy być wierni Jego zasadom, które już znamy! A On nam mówi, abyśmy chodzili po jeziorze, przesadzali drzewa w morze, przenikali mury, wchodzili przez zamknięte drzwi i wstawali z martwych nie do tego samego życia, ale do całkiem innego, nie mieszczącego się w znanych nam zasadach. Mamy też obietnicę, że i nas, swoje stworzenia, chce wciągnąć w swój sposób życia: niemierzalnego, ponadlogicznego, albo dokładnie – inaczej logicznego, gdyż to On tworzy logiczność wszystkiego, co jest i… co będzie! To jest Jego wolność! Nie możemy mu jej zabronić czy odebrać.
Jakim bogactwem musi być to, co przed nami, choć jedyne, co my mamy zrobić, to uwierzyć obietnicy. Nie mamy się pogrążać w narzekaniach, że nie potrafimy, że nie możemy nic zmieniać… bo już tyle mamy przykrych doświadczeń, tyle już przeżyliśmy złego, a to nieznane niebo to coś tak niepewnego, a nawet nudnego… Właśnie, kto tę nudę wymyślił? Nasza niewiara w obietnicę!
Ale ona jest, czeka!
Czujecie ten nerw podniecenia?... nie tylko za innością, wielkością, ale też przecież bliskością z Kimś takim!?... w Którym także ta zimna, bezduszna, martwa natura nabiera ciepła, przychylności i czułości ŻYCIA wszystko ogarniającego?
Wystarczy się tylko na to ŻYCIE nastawić… reszty ON dokona, bo jest MIŁOŚCIĄ – nie czyni miłości, ON NIĄ JEST!
8.12.2017r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Modlitwa o brzasku
Panie, uwolnij mnie od tego wszechobecnego, dualnego widzenia świata, patrzenia w ten sposób na niego i rozumienia go tak, a także odczuwania i przeżywania go na tę modłę. Naucz mnie patrzenia, widzenia, rozumienia całościowego, jedynego, Twojego, wszystko obejmującego i godzącego wszelkie pagórki, rozpadliny, przepaście w jedności – Twojej, Panie! Bo innej nie ma i być nie może; dlatego możemy być nieskończenie różni i wciąż Twoi, jedyni, niepowtarzalni, kochani i kochający a także wolni! W tym Twoim Ogromie, Wielkości, ale równocześnie Bliskości i Wewnętrzności wciąż się rozprzestrzeniamy i skupiamy, wciąż zatrzymujemy i pędzimy, wciąż szukamy ciszy w rozgardiaszu myśli i czynów, wciąż Ciebie szukamy i w Tobie mieszkamy, wciąż tęsknimy i radujemy się, wciąż kochamy i jesteśmy kochani… tańczymy w Twoim Kole, Wirze Miłości Ojca, Syna i Ducha Świętego – przeogromnej energii i nieogarnionego spokoju, wszechwładnej siły i pełnej czułości dotknięcia delikatności, jak muśnięcie wiatru o poranku słonecznego budzenia się nadziei…
Naucz mnie tego… ogarnij mnie Sobą tak, abym wciąż pragnąc, był nasycony.
17.12.2017r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Zadziwienie
Panie, wielu czyta Twoje słowa i wciąż chce Cię złapać za nogę – już Go mam! A Ty nie uciekasz przed nami – przeciwnie: jesteś w nas, ale przecież mówisz nam, że Twoje myśli są jak niebo od ziemi – zawsze będziesz większy, co jest taką radością nie do ogarnięcia – nie zazdrością, nie pychą… Tak wielu chce Ciebie tylko dla siebie zagarnąć, a Ty jesteś dla wszystkich i jakąś paranoją jest twierdzić, że ktoś z nas zna Cię tak, że może o Tobie powiedzieć: ja Go znam. Jesteś nam bliższy niż my sami dla siebie i nawzajem między sobą, ale też trzymasz ten dystans, abyśmy mogli być wolni i mogli Cię prawdziwie kochać, tak jak nas kochasz – nie zniewalając nas. A tak się prześcigamy w rozumieniu Ciebie i tak łatwo innych spychamy na dalszy plan, aby tylko pokazać swoją pychę – nie pokorę! A pokora w stosunku do Ciebie jest radością i Ty chcesz, abyśmy mieli tej radości pełnię, jak Ty masz ją z relacji do Syna i Ducha… Doprawdy, nie pojmuję, jak można być o Ciebie zazdrosnym, gdy wszyscy jesteśmy w Tobie i mamy Cię do dyspozycji w każdym czasie i w każdym miejscu, w każdej sytuacji, w każdej myśli i w każdym pragnieniu… we wszystkim, co nas otacza, co mamy do dyspozycji, co daje nam radość - jest piękne, choć nieraz dajemy się złapać pokusie, że jest inaczej: gorzej, nawet źle; ale to przecież tylko nasze złudzenie, które chce nam wmówić, że jesteś nieczuły, obojętny na nasze narzekania, biedy. A to jest tylko ta odległość, którą chcesz skrócić do maksimum, do bliskości, przy której rozum nam staje w zadziwieniu – z radości! – nie z przerażenia!...
28.12.2017r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Jak uświadomiłem sobie swoje pochodzenie od Boga
Zmieniam tytuł swojej strony autorskiej: nie jest to odkrywaniem drogi do Nieba, ale jest uświadamianiem sobie swojego pochodzenia – od Boga! A to uświadamianie polega na wejściu w bezpośrednią relację z Bogiem poprzez znaną od zawsze Jego kontemplację, którą praktykowali i praktykują mistycy. A więc nie poprzez pośredników: Biblię, księdza, Kościół czy sakrament, a głównie spowiedź, którą nazywają rozmową z Bogiem, a zawsze jest rozmową z księdzem – pośrednikiem… I nie chodzi tu o brak pokory, czy uznania siebie za kogoś pysznego, ale o pojęcie kim jestem: że jestem Dzieckiem Boga! – jak każdy człowiek. A takiego przekonania nie zdobędę ani przez obserwowaną przyrodę, ani przez doskonałą znajomość Pisma, ani przez przekonywanie innych osób, także mistyków… jeżeli nie doświadczę wprost jedyności relacji z Bogiem. A doświadczenia tej jedyności relacji miałem już nie raz i gdy ją starałem się opisać, to nie tylko, że powodowała sprzeciw innych lub ich lekceważenie, ale z natury rzeczy musiała być „niezrozumiała”, bo była jedyna, rzeczywiście bezpośrednia, a więc nieprzekazywalna innym. Ale była i pozostała wyryta we mnie, w moim sercu – centrum boskim we mnie. Takich doświadczeń nie da się wymazać nawet ogniem czasu. I to nie było czymś magicznym, zmyślonym, wyobrażonym, słownym, ale prawdziwie realnym, czyli cielesnoduchowym, czyli takim, jakim jestem - stworzonym przez Boga. Obserwuję jednak skutki tych doświadczeń – coraz pełniejszą radość, która zakrywa sobą moją ponurość doświadczeń z innymi ludźmi – widzę coraz wyraźniejszą, jaśniejszą postać nie tylko osób, ale otaczającej mnie przyrody - coraz bliższą wizji Przemienienia Pańskiego… Wiem też, że muszę jeszcze zejść z tej Góry, bo mój realny czas tutaj nie zależy ode mnie, ale od Boga i to On skraca mi dystans między nami, aż do realnego z Nim zjednoczenia w bezpośredniej z Nim relacji. Mistycy nazywają to czystą świadomością, bez domieszki myślenia, czyli kalkulacji - czy tak naprawdę jest? Tak j e s t! Widzę tak, jak jestem widziany… przez Niego; patrzę Jego oczami!
7.01.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Wielkość prostoty
Panie, jak nasze, ludzkie instytucje tracą na dynamiczności, spontaniczności, gdy tworzymy je jako ogólne, światowe - ogromne. Tak też się dzieje z Ciałem Twojego Syna - Kościołem. Od razu przepływ, relacje między poszczególnymi jego członkami wydłużają się, gdyż nawet w sprawach między sobą muszą otrzymać zgodę tych wyższych stopni, aby były „umocowane”, a Ciebie też „muszą poszukiwać” długimi, zawiłymi drogami, gdy Ty pokazujesz nam poprzez całą działalność Twojego Syna, iż nie takie miały być „zwyczaje”, jak w ziemskich królestwach – byłeś bezpośrednio dostępny każdemu człowiekowi, a wiemy też z doświadczeń mistyków, że nie porozumiewasz się przez jakichś innych pośredników, ale sam, przez swego Syna nawiązujesz z nami kontakt. A u nas, ludzi, przez te dwadzieścia wieków narosło tyle stopni instytucji, stanowisk, zależności, że przebić się przez ten gąszcz jest po prostu niemożliwością, a na pewno stratą sił i czasu.
Ale jakbyśmy coraz żarliwiej bronili struktur, wciąż mówiąc o chaosie, bezprawiu i niemożności opanowania ludzkich żywiołów, mówimy o groźbie herezji, odstępstw, lepszych i gorszych relacjach do Ciebie. Więc tworzą się wciąż nowe instytucje, przepisy, zależności, a z nimi swary, niepokoje, bójki, wojny, morderstwa i inne zło z tymi podziałami związane. Jakbyś nam nie mówił, że mamy być Jedno w Tobie! Jakbyśmy tego nie słyszeli! Nawet w tych niby Twoich „instytucjach” jakby tego nie dostrzegali! Wciąż trwają jedni przeciw drugim, wciąż walczą o swoje racje – nie Twoje przykazania, abyśmy się wzajemnie miłowali! A ich racje są tylko ich – nie są Twoimi, choć każdy z nich powołuje się na Ciebie w swoich pewnikach, przykazaniach, kanonach, wyklinając wszystkich, którzy myślą inaczej, jakbyśmy byli w stanie kiedykolwiek pojąć całą Twoją Mądrość, jakbyśmy byli Twoim Synem, żywą i jedyną Mądrością! A to tylko pycha złudzenia…
Ale Ty nam na to pozwalasz, dając nam wolność, aż na tyle zmądrzejemy (jako przecież Twoje ukochane dzieci!), że uznany swoją pychę, bo przecież nie możemy stwarzać swoich mądrości, gdyż jesteśmy przez Ciebie, Syna - Twoją Mądrość i Ducha stworzeni: tak czy inaczej musimy być w Tobie!
To przecież takie proste i… wielkie zarazem, bo przecież Twoja Mądrość jest niewyczerpana… a my w Tobie!
19.01.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
A wystarczy tylko jedno…
Panie! – wszyscy znosimy ciężar tego świata, a tylko nielicznym dane było i jest oderwać się od tego ciężaru… tylko na moment!... tego tutaj życia, choć próbujemy wszelkimi swoimi siłami ten ciężar przezwyciężyć, co jest uważane przez nas za nasze największe osiągnięcie, jak chociażby latanie skoczków narciarskich, skoki przez tyczki, a najbardziej przez osiągnięcia techniczne: samoloty, rakiety i inne wynalazki. A najbardziej nam ciążą nasze myśli, którym tak trudno oderwać się od tego, w czym zostaliśmy uwięzieni, że aż uznały, że tak musi być i żyją z tym ciężarem jak ze swoim krzyżem, który tak dzielnie dźwigają, wbrew Twoim zapewnieniom, że może być inaczej.
Przeżyłem tej nocy całą swoją bezsilność, całą niemoc, a to tylko ból gardła, który pomimo największych naszych osiągnięć w jego leczeniu trwał i trwa aż po świadomość, że nic ode mnie nie zależy – jedynie od Ciebie… wszystko!
Tak, nosimy na sobie ten ból świata aż po śmierć jak… wszystko dokoła, ale jedynie nam się wydaje, że możemy go sami z siebie przezwyciężyć. Stąd to nasze rozdarcie, z którym pogodziły się wszystkie zwierzęta i są – pomimo bólu – szczęśliwe, gdyż zaakceptowały swój stan. Nam tylko niektórym udaje się żyć spokojnie ze swoim bólem, gdy go Tobie całkowicie dobrowolnie oddamy, żyjąc nadzieją na wszechobejmujące cały świat zmartwychwstanie, już dokonane przez Twojego Syna, ale przez nas wciąż nie zaakceptowane do końca.
Tylko niektórym dane jest lewitowanie i przemierzanie przestrzeni wbrew prawom ciążenia… tego ciężaru, który sami sobie założyliśmy na własne barki i tak się go uparcie trzymamy, jakby był wszystkim, co możemy mieć.
A wystarczy jedynie uwolnienie naszej świadomości z własnych więzów i oddanie jej Tobie…
21.01.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Tylko być!
Panie… tylko być – nic więcej! Co za radość – aż łzy ciekną… Całe piękno, harmonia, cała muzyka życia przepaja wszystko miłością! To jest to Twoje Ciało, gdzie nie ma nic – prócz dobra, nieogarnionego, wciąż wzbudzającego wszystko do radości – Twojej radości! To jest ta jedność w Tobie. Jak już za nią tęsknię! Bo te radości tutejsze są wciąż namiastką, chwilowym zachwytem, który przemija… ale dałeś nam tę namacalną nadzieję, bez której jak żyć w świecie reklamy, ułudy, którą świat uznaje za swój sukces, za swoją dominantę, za swoje zwycięstwo, gdy Ty wszystkim i wszystkiemu dałeś zwycięstwo – wyeliminowałeś zależności, podległości, wyższości a dałeś radość istnienia w Twojej pełni, gdzie wszystko za darmo! Jak wyrazić tę wdzięczność? Nie wiem, ale ją czuję, nią raduję, rozkoszuję… na nią zdaję. Nic już nie ma na „nie”… z wszystkiego zrobiłeś wielkie „TAK”!
23.01.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Radość patrzenia
Panie… dlaczego przeinaczamy Twoje słowa, gdy nam mówisz, że to nie my Cię wybraliśmy, ale To Ty nas wybrałeś, abyśmy Tobie owoc przynosili, czyli byli twórczy, dojrzali, piękni? Kto nam wmawia, że jest na odwrót i wciąż nas mobilizuje, abyśmy coś dla Ciebie zrobili, bo inaczej się nas wyprzesz? Komu mógł wpaść do głowy taki pomysł o Tobie, który jesteś Dobry? Tylko temu, którego domeną jest kłamstwo! I wprowadza nas na rewiry Twojego słowa, pokazuje jego niuanse, przepaście, ścieżki, abyśmy się tylko Ciebie bali i wyobrażali sobie Ciebie jako jakiegoś szaradzistę, gracza - bezdusznego, skomplikowanego, przebiegłego. A Ty nam prosto i wyraźnie mówisz, że wybrałeś nas przed założeniem świata, czyli nim stworzyłeś świat już byliśmy w Tobie! Teraz nas bez przerwy zapewniasz, że mieszkasz w nas, a my w Tobie i bardzo pragniesz, abyśmy wszyscy byli jedno, jak Ty jesteś z Ojcem i Duchem Świętym! Mamy się jedynie Tobie oddać, nawet nie poddać…gdyż chcesz nas wprowadzić do Swojej wielkości, do Swojego dobra, do Swojego piękna, gdyż wszystko, co odczuwamy jako prawda, dobro, piękno już w nas jest, gdyż dałeś nam Swoje DNA od początku, jako błogosławieństwo. A my, przedziwne, wciąż w to wątpimy… coś nas sprowadza w ciemność kłamstwa, wątpliwości, bylebyśmy tylko nie zobaczyli się w Twojej światłości, gdzie wszystko jest jasne, wiadome, pewne, zachwycające i nie wymaga nadzwyczajnych wysiłków, jedynie oduczenia się tego, w co nas świat, fałszywie, wprowadza non stop, przez wszystko, co ma naszą uwagę odwrócić poprzez rywalizacje, zmagania i wywyższania się jednych nad drugich… Od Twojej Ciszy Piękna! Abyśmy dopiero przez konieczność śmierci, przecież jako tylko jednego z etapów życia, nie żadną ostateczność, zostali zmuszeni do zobaczenia Cię w Twojej i swojej też(!) światłości, gdy możemy już teraz, przed śmiercią tego doświadczać i cieszyć się życiem w Tobie każdego, kolejnego, dnia.
Wstańmy rano, spójrzmy na niebo i ziemię, na wszystko, co nas otacza i pomyślmy, że to jest! Nie klasyfikujmy od razu, że jest pięknie lub brzydko, że jest ciekawie lub nudnie, że jest lepiej lub gorzej, że jest przyjaźnie lub wrogo, że jest trudno lub łatwo – jest, bo to nam dałeś bez żadnego określnika, przymiotnika – dałeś w całości, abyśmy się tą całością radowali, jak Ty się nami i wszystkim, co stworzyłeś, radujesz się. Jesteśmy wtedy w jednym, wspólnym spojrzeniu – Twoim, które też jest naszym.
Czy może być większa radość!?
25.01.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Życie normalne czy ekstremalne?
Życie wydaje się nam być normalne, gdy wszystko jakoś tam układa się według przyjętych standardów. Ale można na nie spojrzeć też z innej strony – nienormalności! I gdy się dokładniej przyjrzeć własnemu życiu, to jest ono nie podobne do żadnego innego, czyli nie jest normalne! To nasz umysł lubuje się w naśladownictwie, gdyż wyobraża sobie, że łatwiej jest żyć, gdy ktoś podobny jest u naszego boku. A nawet bliźniacy nie są tacy sami. A więc nie podobieństwo, ale niepodobieństwo nas charakteryzuje. A jednak, jakby na siłę, poszukujemy podobieństw… i w końcu się tym nudzimy. Stąd łatwy pęd za modą i jeszcze szybsze jej opuszczanie, aby, co? Aby się różnić! Czyżby więc nie było wyjścia z tego zaklętego kręgu ciągłego poszukiwania inności i pędzącej w ślad za nią nudy?
Publikowane przeze mnie opowiadanie „Ekstremalna droga krzyżowa” stara się ten paradoks naszego życia przedstawić.
12.02.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Ruch miłości
Boże, Ty nie jesteś gdzieś tam, w nieosiągalnym dla nas, Niebie – Ty jesteś Niebem! I nie ma między Tobą a nami jakiejś „odległości”, gdyż jesteś w nas, a my jesteśmy w Tobie od samego naszego początku, gdyż nim się ukazaliśmy światu, już byliśmy w Tobie! Nim się narodziliśmy dla czasu i przestrzeni, jesteśmy w Tobie – po za czasem, czyli przed czasem i w przed przestrzeni. I nic tego nie może zmienić, gdyż to Ty masz czas i przestrzeń w sobie i wszystko, co w czasie i przestrzeni umieściłeś – nie tylko nas, ludzi, ale całe stworzenie. I zawsze, od samego początku, jesteśmy w Tobie, choć świadomość tego stanu dochodzi do nas późno, a dla wielu dopiero w momencie śmierci. Ale Ty chcesz, abyśmy jak najszybciej sobie to uświadomili, pomimo, że także religia nas najpierw wprowadza w świadomość oddalenia od Ciebie, aby potem z takim trudem z tej świadomości wyprowadzić. Bo już jako niemowlę mamy świadomość bliskości Ciebie, ale potem, dzięki całej kulturze i rodzicom, już w świecie bywałym, z takim mozołem tę z Tobą bliskość niszczymy, dostosowując swoje dzieci do „wymogów” tzw. świata, aby im tu, tylko w czasie i przestrzeni, dobrze się żyło. A dzieci się długo buntują, krzyczą i płaczą, że im wciąż czegoś brakuje, bo przecież w łonie matki mieli wszystko na czas i w każdym wymiarze. Aż w końcu zaczynają rozumieć, że nie dadzą rady i się dostosowują do przemocy rodziców i całej ludzkiej kultury. I budują tę „odległość” w sobie jako samo dobro… bo przecież jak inaczej się ostać w tym świecie, który wydaje się być pełnią, wszystkim, a jest w oczywisty sposób oparty na przemocy, na walce o pierwszeństwo i to nie tylko w sferze fizycznej, ale też tej dziwnej sferze duchowej, którą wszystkie religie z takim uporem nam pokazują. Tak, w tej tajemniczej sferze duchowej też chodzi o rywalizację, o pierwszeństwo, choć wszystkie Twoje słowa, które do nas kierujesz, mówią co innego – że jesteśmy dla Ciebie równi, choć każdy swoisty, w innym wymiarze i czasie… A my chcemy też Ciebie w ten wymiar i czas włożyć, abyś był podobny do nas… nie my podobni do Ciebie! Chcemy odwrócić Twój porządek na nasz i Ty nawet na to się zgodziłeś, posyłając swojego Syna, aby stał się człowiekiem: zmieniłeś swoją czysto duchową istotę na duchowo-cielesną i niejako tylnymi drzwiami, znowu sprowadziłeś nas do siebie, do jedności z Tobą. Przeszliśmy cały trudny, wprost śmiertelny, proces wolności, aby ją oddać dobrowolnie w Twoje ręce… aby radować się Twoją, czyli pełną wolnością, gdyż Twoim życiem jest miłość – oddawanie wszystkiego, co mam, aby wciąż otrzymywać to drugie w ciągłej wymianie dóbr, gdy już do tego nie trzeba żadnej rywalizacji, czyli odbierania czegokolwiek komukolwiek, gdyż wszyscy się sobą obdarowują. Tak, jesteśmy Twoim Ciałem, nieogarnionym, wspaniałym, radosnym i wolnym w każdej sferze – tak samo duchowej jak fizycznej. Tak, jesteśmy Twoją Jednością w nieogarnionej różnorodności. Dlatego z taką nadzieją, która jest już pewnością, oczekujemy na Paruzję – Twoją ostateczną decyzję, aby to wszystko stało się jasne, oczywiste i niekwestionowalne nawet dla największych niedowiarków, którzy naocznie zobaczą – nie tylko „oczami” duszy, że jesteś, byłeś i będziesz, iż wszystko połączyłeś ze wszystkim w tym ogromnym ruchu miłości.
6.03.2018r.
-
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Na dni wspólnego skupiania
Panie! – od zawsze dałeś nam Siebie, abyśmy się w Tobie radowali, a my wciąż poszukujemy Ciebie, budujemy dla Ciebie katedry, idziemy do tych ponurych miejsc na skupianie się, na ciszę, której tam zresztą nie ma, gdyż, aby ten czas jakoś „zabić” śpiewamy, myślimy, wyobrażamy sobie, ale to wciąż zasłaniamy sobie Ciebie nami samymi. A Ty jesteś wszędzie, w każdym fragmencie Twojego, pięknego świata, w każdej cząstce przyrody i we wszystkim, co jest – łącznie z nami, gdzie zamieszkujesz! Ale my musimy coś sami zrobić, musimy na Ciebie zasłużyć i to nam wmawiają od samego niemowlęctwa, od samego początku naszej przewrotnej świadomości, którą niby dopiero ukierunkowują na Ciebie, bo jesteś daleki i niedostępny, albo wprost nieprzystępny. A święci z radością krzyczeli na ulicach, że w nich mieszkasz, co inni odbierali jako wariactwo, bo to było dla nich oczywiste złudzenie, choć nie zdawali i wciąż nie zdają sobie sprawy, że to oni, my, żyjemy w złudzeniu swoich wyobrażeń o Tobie, a nie wprost, konkretnie, w Tobie. Wciąż budujemy te mentalne mury i się nimi otaczamy ze wszystkich stron, budujemy te niby wspaniałe świątynie dlatego, że są nasze, a nie Twoje! Ty ich nie potrzebujesz, bo już mieszkasz w nas! Chcesz tylko, abyśmy to z własnej woli uznali, bez żadnego przymusu, bo nie chcesz niewolników, ale wolnych, tak jak Ty JESTEŚ! A nie chcą nas tego uczyć ci, którzy są do tego wyznaczeni, gdyż nie spotkali się jeszcze nigdy z Tobą, nie doświadczyli Twojej wszechobecności i nie potrafią o tym nawet mówić, choć mają pełne usta rad, idei, przekonań i dogmatów. Bo przecież powinni zamilknąć nie tylko słowem na glos wypowiadanym, ale każdym innym słowem pomyślanym, aby Ciebie doświadczyć, co czynili wciąż i czynią mistycy, tacy dziwni ludzie, tacy inni, a więc nie swoi. A to oni jedynie potrafią oddać siebie i wszystko co swoje Tobie, aby wszystko, co Twoje, czyli siebie samych też w darze otrzymać. I nie są oni jakimiś wyjątkami, szczególnie wyróżnionymi, gdyż to my wszyscy potrafimy się Tobie oddać, a przede wszystkim „grzesznicy”, ci niedoskonali, czyli my wszyscy, którzy z przekonania i doświadczenia mamy tę wiedzę o Twoim zamieszkiwaniu w sobie, gdyż nam ją dałeś, gdyśmy naprawdę zamilkli i wyzwolili się od swoich mądrości - bo wciąż tylko na Ciebie, nie na siebie, liczymy.
11.03.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Taniec jedności
Panie! – kto nas uczy jak mamy być z Tobą!? Kościół, sakramenty, księża, świątynia, dobre uczynki? Czy Ty sam… jeśli zechcesz? Bo sam powiedziałeś, że nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie i że tylko Ty uczysz jak mamy iść do Ojca i pokazujesz to tym, którym zechcesz. A my mamy znaną od zawsze „drogę” do Ciebie – przez ciszę, przez wsłuchiwanie się, cierpliwe i często długie, aż zechcesz nam pokazać, jak blisko nas jesteś, a dokładniej, że po prostu w nas jesteś, mieszkasz, gdyż jesteś jednocześnie cały Bogiem i cały człowiekiem. Ale my tego nie potrafimy objąć swoim dualnym umysłem i po prostu ignorujemy to lub zostawiamy „na później” myśląc”: kiedyś to zrozumiemy, a tak naprawdę zakładając, że nam to objawisz, jak zechcesz… choć tego swoim dualnym rozumem nie potrafimy nawet założyć. Ale kto nas uczy, że mamy też niedualne poznanie Ciebie? Bo ci, którzy powinni to robić albo sami o tym nie wiedzą, albo są przekonani, że to droga dla niewielu, bo to kręta i śliska ścieżka, na której możemy się potknąć, a oni nam oferują łatwą, szeroką drogę do Ciebie, na której Ciebie nie ma, bo do niczego Cię nie można zmusić, choć Ty wszystko dla nas zrobisz, abyśmy tylko za Tobą szli. To są paradoksy, nielogiczne stwierdzenia dla dualnego umysłu, ale takimi drogami nas właśnie do siebie prowadzisz: niepojętymi, ale prawdziwymi, bo Twoimi. Tak, mówisz nam o Tajemnicy, o Sobie niepojętym, ale dlatego tak mówisz, abyśmy się całkowicie odmienili w swoich przekonaniach o naszym, poprawnym myśleniu, które jest dobre na tylko czasowej i przestrzennej ziemi, a które nie obowiązuje w Twoim Królestwie, które już jest tu i teraz, bo je „uaktywniłeś” już swoim Zmartwychwstaniem. Ale Kościół, księża wolą nas trzymać w swoim „kole” zbawiania nas poprzez sakramenty, bo cóż by robili jako pośrednicy między nami, grzesznikami, a Tobą? Mieliby tylko uczyć nas jak spokojnie żyć tu i teraz modląc się bezsłownie od czasu do czasu, a tak naprawdę „cały” czas w ciszy i osobności, jak Ty sam modliłeś się do Ojca? Mogliby… ale jakaż to „ważna” rola! Żadna, gdyż wszystko Ty robisz, dajesz nam nie tylko życie, ale nawet chcenie tego życia… choć my myślimy swoim dualnym rozumem, że to nasza zasługa, nasze dążenie, nasze osiągnięcia, nasz geniusz, nasza dobroć. A Ty mówisz, że tylko dobry jest Ojciec, bo Ty przecież też jesteś z nami, grzesznikami, których prowadzisz do Ojca. I najbardziej jesteś z nami, grzesznikami, bo pokazujesz nam, jak ganiasz po górach i wertepach, aby tylko znaleźć tę zagubioną owcę, bo przyszedłeś do źle się mających, a nie do sprawiedliwych, gdyż najbardziej „lubisz” nas zbawiać wtedy, gdy grzeszymy, gdyż cóż byś robił, będąc też całym człowiekiem? „Tylko” radował się tańcem jedności z Ojcem i Duchem Świętym? Tak! - bo nas już wciągnąłeś w ten taniec i wszystko zrobisz, abyśmy z Ojcem, Tobą i Duchem Świętym byli!
13.03.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Wiosenne, czyli boskie patrzenie i widzenie.
Wciąż chcemy Cię, Panie, skroić na swoją miarę, wciąż Cię zamykamy w kościołach, tabernakulach i naszych ograniczonych myślach, jakbyś nam nie dał przeczucia bezwymiarowości, bezwarunkowości miłości i wszelkich dóbr. Ale nasi „przywódcy” religijni Twojego przesłania (i nie tylko oni!), wciąż nas trzymają w szachu takiego właśnie widzenia: że nie dla każdego, nie zawsze jesteś tak miłosierny jak nam mówisz, że nie wszędzie i bez wymiarów jesteś nam dostępny, jak to nam głosisz, że niekoniecznie wszyscy mogą osiągnąć zbawienie jak nam to z niecierpliwością wprost wykładasz (ile jeszcze do was będę mówił! i takimi będę znosił!).
Tak różnymi sposobami i bez przerwy nas o tym przekonujesz, a my wciąż wolimy swoje małe, krótkie, ciasne, ograniczone widzenie i patrzenie zachować, bo możemy się zamknąć w sobie i czuć się bezpiecznie, choć każdy szmer zagrożenia nas wprost przeraża i pozbawia tej pewności. A jednak się tego swojego strachu trzymamy i go wciąż rozsiewamy wszelkimi możliwymi środkami: książkami, filmami, przedstawieniami, rozmowami, dyskusjami, strukturami mającymi na celu zapewnienie nam bezpieczeństwa, czy to będą struktury zdrowia, zarządzania czy utrzymywania porządku, które najpierw sami tworzymy, a potem z nimi dzielnie walczymy, aby okazać się ważniejszymi, mocniejszymi, sprawiedliwszymi. A wszystko to wynika z naszego, ograniczonego patrzenia i widzenia, które zasadza się nie na równości, choć różnorodności przed Toba, Panie, ale na walce o tzw. byt, jakby go było wciąż za mało, wciąż był on nie dla wszystkich, nie w taki sam sposób dostępny…
Kiedy wreszcie przebudzimy się i zaczniemy patrzeć Twoimi oczami, które wszystkich i wszystko ogarniają, nikogo nie wykluczają, nikogo nie poniżają, nie myślą „albo – albo”, a które nam ukazałeś sam jako Bóg i człowiek jednocześnie – właśnie człowiek pisany z małej, nie dużej litery, jak to teraz stało się normą w religijnych pismach, aby tylko Cię od nas jakoś oddzielić. Tak, zwykły człowiek, którego podniosłeś do swojej miary i któremu dałeś swoje prerogatywy, za którego umarłeś jako zwykły człowiek w przerażeniu i bólu, aby nam pokazać, że naprawdę jesteś jak my i całe to nasze przerażenie i ból wziąłeś na siebie! – więcej!: uzdrowiłeś nas i zmartwychwstałeś jako pierwszy z nas, abyśmy my wszyscy mogli tak samo zmartwychwstać i już nie bać się nie tylko śmierci, ale przede wszystkim Ciebie! Nie mamy się Ciebie bać, ale radować się razem z Tobą naszym wspólnym przebywaniem, naszą wspólną ucztą z najwyborniejszymi potrawami, z najwyborniejszymi winami.
Tak, mamy już tu i teraz tak żyć, jak to Ty nam mówisz, jak to pisze święty Paweł, jak to pokazują nam mistycy, a nie wciąż rozpatrywać czy już, czy teraz, czy na pewno, czy mi wolno być wolnym, szczęśliwym, radosnym jak Ty, Boże. Mamy być jak wiosna, która się wiecznie budzi, wiecznie jest nowa, świeża, niewinna, dziewicza… jak w raju, który był i jest, i będzie!
21.03.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Śledztwo
Przez ludzi zawsze jestem śledzony, nawet przez matkę, ojca, żonę; także przez tych, co mnie olewają. Jedynie przez Boga nie jestem śledzony – dlatego, że jest we mnie i jest bardziej we mnie, niż sobie zdaję z tego sprawę, gdyż nawet moje „ja” mnie śledzi… a On nie! Bo On jest głębiej i szerzej we mnie i we wszystkim i ponad wszystkim, gdyż zawsze mnie i wszystko kocha, bo wszystko co Jego oddaje… nawet samego siebie oddał mnie i nam i wszystkiemu co jest… na krzyżu.
Tak, tylko w Nim mogę być wolnym!
26.03.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Poddanie się…
Moc się w słabości doskonali… Wciąż o tym zapominamy, wciąż nie chcemy zrezygnować ze swojej, a nie Twojej, Panie, mocy. Wciąż nas ludzki „świat” (nie przyroda!) czyli struktury, instytucje, pewniki rozumowe i niewiadome serca fascynują, nie potrafimy bez nich żyć, nie zdając sobie sprawy, że sami sobie zakładamy pętlę na szyję, walcząc następnie z nią, zamiast korzystać z Twojej wolności, którą nam pokazałeś, wolności od schematów, przede wszystkim myślenia, a za tym od kolejnych schematów: obyczajowych, religijnych, społecznych i naukowych. Tak, pokazałeś nam wolność swoim życiem skromnym, prostym, słabym, ale zwycięskim. Bo to nie nasza moc jest siłą dobra, ale Twoja, która wszystko, co jest, stworzyła jako dobre, a nawet bardzo dobre, gdy jest używane według Twoich zasad, nie wymyślonych przez nas niedoróbek. Gdyż to Ty te zasady ustaliłeś, a nam się wydaje, że nasze mogą być takie same jak Twoje. Ale nie mogą, gdyż nie mamy tej pełni wiedzy, którą Ty masz i aby nas o tym przekonać, pokazujesz nam, że Twoja moc może być nawet przeciwieństwem naszej, a i tak, i tak jest zwycięska, bo obejmuje wszystko: nie tylko dobro i zło, ale wszelkie przeciwności i paradoksy mieści w sobie i godzi je swoją mocą. Bo jesteś królem paradoksów i chcesz, abyśmy też żyli jak Ty – w Miłości, która wszystko obejmuje swoją łagodną, przytulną mocą.
30.03.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Po co nam święta?
Już o wiele więcej niż tysiąc lat obchodzimy corocznie uroczystości męki, śmierci i zmartwychwstania naszego Zbawiciela i co? Coś się zmieniło w nas samych? Czy wciąż powielamy, a nawet rozbudowujemy te i inne uroczystości tylko po to, aby utrwalić ten schemat w głowie, a przez to w obyczajach, tradycji; czy po to, aby nawrócić się wreszcie według słów Zbawiciela, które to nawrócenie przewraca nam wszystko do góry nogami nie tylko w głowie, ale także w obyczajach i tradycji? Pierwsi chrześcijanie nie obchodzili żadnych świąt i tym różnili się od wszystkich innych wyznawców religii, które wtedy istniały w Cesarstwie Rzymskim, gdyż nie bali się Boga, uważali, że są święci i już zbawieni, ponieważ uwierzyli Mu - nie jak inni z mnóstwa wyznań, które w tym cesarstwie istniały. Chrześcijanie byli inni, niewygodni, a więc przeznaczeni na wycięcie.
Ale potem chrześcijanie też zaczęli obchodzić święta… Czy zapomnieli, po co Zbawiciel umarł i zmartwychwstał? Czy tylko po to, aby powielać te same scenariusze świąt, trochę je jedynie modyfikować i zadowoleni z tego, móc powiedzieć, że pamiętają o Jego czynie i na tym koniec? Już nie chcieli być inni, bo co? Bo ustabilizowali swoje rozumienie Boga i świata? Serca im stwardniały wciąż zamknięte, usta wciąż pełne były i są swojej chwały, a czyny pokazujące, jak jesteśmy przemyślni i zaradni, jak sobie świetnie dajemy radę bez Zbawiciela? Jest nam przecież dobrze, stabilnie jak na nasze możliwości, dlaczego więc mamy porzucić to nasze status quo? Przecież wiemy, co robimy! A Jezus powiedział na krzyżu, tuż przed śmiercią: Boże, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Wciąż nie wiemy… że nic nie robimy z tego, co nam Zbawiciel pokazał, bo jak tu stracić swój, tak przemyślny, rozum? A Zbawiciel powiedział, że nie tylko rozum, ale całe życie, aby to nowe, inne życie, uzyskać i to nie kiedyś tam, w niebie, ale już teraz i tu! Tak, mamy żyć – nie, że kiedyś tam, gdzieś, w nieokreślonym miejscu, którego nawet nie potrafimy sobie wyobrazić, ale tu, teraz będąc jak On, Zbawiciel: cierpliwi, dobrzy, miłosierni, o otwartym sercu, otwartym umyśle, kochający wszystkich i wszystko, nie tylko jako pojedyncze osoby, ale jako społeczności, narody, jako całość z tymi, co już odeszli, gdyż tworzymy jedno Jego Ciało.
To nie są tylko ogólniki, to jest główne przesłanie, które musimy sobie uszczegółowić i wprowadzić w życie. Mamy przecież bystre umysły, a nawet niektórzy z nas są mądrzy, więc co stoi na przeszkodzie? Lenistwo, wygoda, samozadowolenie, kult tego, co już mamy i niczego, co lepsze, piękniejsze, a więc trudniejsze do realizacji nam nie trzeba? Też mamy silną wolę, dobre chęci, jesteśmy skłonni do poświeceń, a nawet do bezinteresowności, czyli miłości… Więc czego nam brakuje? Prostoty zawierzenia, rzucenia się na oślep w tajemnice Boga, które zawsze będą stały dla nas otworem? Tego się boimy? Ryzyka? A przecież największym ryzykantem jest Bóg, który nas takimi wspaniałymi stworzył, do siebie podobnymi i dał nam nawet wolność do robienia czegoś, co nie jest zgodne z Jego wolą, wiedząc z góry, że możemy z tej wolności skorzystać. Czym się kierował? Zatratą nas, swoich stworzeń, zatratą swojego Ciała? Działał wbrew sobie, swoim „interesom”? Nie! Dla Boga to żaden „interes” coś stracić… On wszystko leczy, wszystko hołubi, bo wszystko, co z Niego „wypływa”, musi do Niego wrócić, choćby miał użyć fortelu miłosierdzia do otwarcia serca i rozumu, bo w ten sposób nie używa siły, przeciwnie: używa samo ogołocenia, używa bezsiły, aby być wiarygodnym.
Więc czego nam brakuje? Uwierzenia w tak niepojętą dobroć, w tak niepojętą miłość, w tak niepojęte szczęście? Nie mamy w sobie tej iskry niewiadomego, czegoś co może być, a my jeszcze tego nie znamy? Czy Bóg stworzyłby świat, gdyby myślał tak pasywnie jak my?
31.03.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Oddech
Nie szukajmy intensywnego życia w mocnych doznaniach – oddychajmy, bo wtedy wymawiamy Imię Boga, jesteśmy z Nim w najbardziej intymnej relacji – relacji miłości: całe Życie wdychamy i oddajemy Je innym…
3.04.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Miłość i cierpienie
Miłość i cierpienie to dwie drogi do rozwoju, do coraz większej wolności, do ekstazy połączenia dwojga różnorodności, to sens życia. Nie ma innej, doskonalszej drogi na przełamanie jedyności, niepowtarzalności, wspaniałości osoby i tej Osoby, z której wszystko, co jest – JEST.
W bardziej i mniej świadomy sposób to realizujemy, aż po ten moment, gdy wszystko staje się jasne w nieogarnionym szczęściu… coraz większym i większym aż po zachwyt niewymiarowości, aż po stałość wolności… nie do zatrzymania… aż po boską konkretność dotyku, dla którego Bóg stworzył świat – materialny świat!
To tylko wstęp do intymności, która jest w Bogu, a którą próbowałem przedstawić w opowiadaniu „Noc”.
10.04.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Kim jesteś
Nie zasłużyłeś czymś na to, że jesteś dobry – jesteś dobry, bo takim cię stworzył Bóg (Rdz 1:31). Niczego nie musisz udowadniać swoją postawą, swoimi zasługami, musisz jedynie przyznać się do tego, kim jesteś.
15.04.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Radość
Jeżeli uświadomisz sobie, że jesteś w Bogu, czyli we wszystkim, co JEST, twoje małe ego, które wciąż jest niestabilne i wciąż domaga się zewnętrznego i własnego poświadczenia swojej wartości czy ważności umiera, staje się zbyteczne, gdyż takim jest wobec niekwestiowalnego JESTEM. Wtedy spoczywasz w Bogu i niczego ci nie brakuje, gdyż wszystko masz – jesteś czystą świadomością, pokojem, twórcą czegokolwiek chcesz. Jesteś wolny od wszelkiego lęku, a przede wszystkim od lęku śmierci. Jesteś radosny!
21.04.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Cisza
Uwolnij się od terkotu własnych myśli i uczuć, a poczujesz radość swojego „jestem”, poczujesz Łono Istnienia wszystkiego, co jest, poczujesz Boga.
26.04.2018r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
TERAZ
Kochaj TERAZ wszystkich i wszystko, nie kiedyś, kogoś, coś – TERAZ, a ziemia stanie się niebem, bo Bóg, w którym wszystko jest – jest TERAZ! Nie był kiedyś, gdzieś; będzie kiedyś, gdzieś – JEST TERAZ i jest MIŁOŚCIĄ.
Nie jest dobry i zły – jest DOBRY, a zło jest ułomnym dobrem, które tylko ON może naprawić, dopełnić – nie ty, ja, ktoś inny – tylko ON, Bóg. Nie przez kogoś, coś – sam to robi, bo ten „ktoś” i „coś” też są w NIM, choć są tylko wynikiem naszego rozumu i wyobraźni.
Któż jak Bóg! – a ty, ja i wszystko w NIM! TERAZ!
2.05.2018r.
– choć to tylko matematyka naszego rozumu, która mierzy czas i przestrzeń, które są TERAZ, bo niczego nie dotykamy, co było kiedyś (choćby miało miliardy lat) i kiedyś będzie (choćby miało istnieć za miliardy lat), bo wszystko JEST w boskim TERAZ.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Pytanie…
Czy Ty wiesz, że u Boga wszystko jest z a d a r m o!, że nic nie musisz Mu ofiarować?!, że jedynego, czego pragnie od Ciebie, to oddanie Mu się za darmo?!
Gdyż wtedy jest to miłość, którą On jest?
17.05.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Widzenie – nie uogólnienie
Tylko z perspektywy Boga wszechwiedzącego i wszechmocnego można zobaczyć skutki wolności ludzkiej, czyli połączenia (relacji) przyczyn i skutków ludzkich wyborów, co nam, krótkowidzom, wydaje się nonsensem lub absurdem, gdyż jak połączyć ze sobą działania Chińczyka z Pekinu z Argentyńczykiem z Patagonii, Polaka z Osiecka z Amerykaninem z Nowego Jorku, Afrykańczyka z Australijczykiem, Anglika z Hawajczykiem, Sybiraka z Tybetańczykiem? Za krótkie są nasze myśli i wyobrażenia, choć możemy połączyć się poprzez perspektywę satelitarną z dowolną częścią globu (i nie tylko), choć to tylko całkiem fizyczna zależność sił, których nie widzimy i nie dotykamy, ale wiemy, że są, bo słyszymy głos i widzimy obraz. Ale wciąż nie „widzimy” przepływu wyborów, czyli skutków decyzji woli, choć rejestrujemy ich skutki w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach i czasach, co nam tak dosadnie uzmysławiają wszelkie serwisy informacyjne świata.
Tylko Boska perspektywa jest w stanie nie tylko ogarnąć, ale też to utrzymać w harmonii, mimo tak wielu burz, huraganów nie tylko fizycznych, ale też myślowych, psychicznych i duchowych, spowodowanych przez nasze wybory. Tak, tych fizycznych też, gdyż wiemy, co to ekologia.
Tak, tylko Boska perspektywa, gdyż jest Jego Wolą, abyśmy wszyscy byli Jedno, w Jego (nie naszej, krótkowzrocznej!) Harmonii, czyli Całości w nieogarnionej różnorodności i specyficzności.
19.05.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Jedyność i jedność
Jedyność zawiera się w jedności. Wszystko jest we wszystkim. Jedyny Ojciec jest w jedności z Synem i Duchem, Jedyny Syn jest w jedności z Ojcem i Duchem, Jedyny Duch jest w jedności z Ojcem i Synem.
Każda istota ludzka, jako jedyna, jest w jedności wszystkiego, co jest, którą to Jednością jest Bóg Trójjedyny. To tylko nasze rozumowe „ego” myśli, że jest jedyne i nie połączone z innymi. Dlatego w tej swojej fikcji rozumienia się, pozostaje samo w przerażającej go samotności.
Życie, bycie jest zawsze jednością, całością w Bogu. To nie paradoksy myślowe – to życie prawdziwe, nie tylko myślowe. Dlatego Kartezjusz nieopatrznie chciał nas wprowadzić w absurd przekonania, że jestem dlatego, iż myślę, a jest na odwrót: jestem, istnieję, żyję dlatego też myślę. Myślenie jest jedną z funkcji życia – nie jego istotą.
I tego życia nikt nie jest w stanie mi odebrać, gdyż jest ono wprawdzie zmienne, ale wieczne, niezależne od czasu i przestrzeni. Wciąż umieramy, bo się zmieniamy, ale wciąż żyjemy… chyba, że zastygniemy we własnym „ego”, które będzie przekonane, iż tylko ono jest jedyne.
A wszystko polega na ogałacaniu się z siebie (pustka, milczenie siebie) i przyjmowaniu na to „wolne miejsce” innych, czyli na ciągłym zmienianiu się w „procesie” – życiu… Miłości. Czyli Życie jest Miłością, a Miłość jest Życiem.
To jest radość życia!
23.05.2018r.
-
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Nie wzbraniajcie się!
Nie wzbraniajcie się – dajcie się porwać Bogu, który cały jest prawdą, cały jest dobrem, cały jest pięknem… jak bohaterowie „Samych niewiadomych” dali się porwać… aby fałsz, zło i brzydota też dostąpiły przebóstwienia.
28.05.2018r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Fikcja życia
Radością istnienia są same niewiadome, ta nieogarniona „przestrzeń” bez przestrzeni, która wciąż nas będzie inspirowała do kochania wszystkich i wszystkiego w sposób globalny i specyficzny, jedyny i wspólny zarazem– to Królestwo Boga, w którym byliśmy zawsze, jesteśmy i będziemy zawsze… gdy pozbędziemy się wreszcie złudzenia swojego, samotnego „ja”, które jest lepsze, wyższe, cenniejsze, piękniejsze od innych, a jest naprawdę cenne, piękne, jedyne, niepowtarzalne jak każde inne, bo jest poza kategoriami, klasyfikacjami, którymi karmi się nasz rozum i nasz sztuczny świat mundialowych rywalizacji, tak namiętnie wciskany nam przez bezdotykową telewizję. Naciśniemy guzik od pilota i wszystko znika, a my wciąż żyjemy w amoku własnych wyobrażeń i zapominamy o najbliższych nam osobach i rzeczach – żyjemy tylko w sobie, gdyż nawet nasz dotyk tych najbliższych nam ciał, wydaje się nam wciąż mniej cenny niż nasze wyobrażenie o nim.
14.06.2018r. – w dniu rozpoczęcia igrzysk dla poddanych, nie wolnych ludzi.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Radość odpocznienia
Jedynego, co trzeba to zasłuchać się, zapatrzyć się, zachwycić się, zakochać się we wszystkim, co jest, bo jest Twoje i moje, a nie komplikować tego wszystkiego swoją niepewnością i pseudo mądrością („zadaje mi się, że…”), gdyż Ty jesteś Odwieczną Prostotą i Ciszą, która wszystko obejmuje, przytula, pieści i kocha, daje radość odpocznienia w Tobie.
7.07.2018r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Do opowiadania „Wyprawa na Suwalszczyznę czyli poszukiwanie mistyki chwili”
W dobie fałszywej pandemii korono-wirusa, gdy tak zwany „świat” żyje walką z nią, stosując różnego rodzaju zabezpieczenia, od noszenia maseczek, zachowywania odstępów między osobami, zamykania działalności firm po odizolowywanie się od innych poprzez przebywanie w domach, a gdy to nie pomagało szczepienia ludzi kolejnymi dawkami, aby ten wirus nie mógł zapanować nad światem i nie uśmiercił większość populacji ludzkiej, a gdy po dwóch latach walki niewiele się zmieniło, a śmiertelność była taka sama jak przed ogłoszeniem pandemii, gdy wreszcie „świat” już znudził się tą walką i uruchomiono kolejny „przebój” światowy w postaci konkretnej wojny między dwoma bratnimi kiedyś narodami i teraz wszelkie media są tym zajęte i przejęte, a śmiertelność tak i tak jest jaka jest, czy to na sztucznie wywołanej wojnie, czy podczas fałszywej pandemii (tak!, bo to ci, którzy się pod Ciebie podszywają je planują) - Ty, Boże niezmiennie trwasz w swojej miłości, silniejszej niż śmierć, która prawdziwymi kanałami życia wciąż dąży do wyznaczonego przez Ciebie celu – przytulenia nas, zagubionych w swoich wyobrażeniach, że możemy znaleźć szczęście w samych sobie i w przez siebie urządzonym świecie.
Tak, żyjemy w Twoim świecie, prawdziwym w każdej sekundzie czasu już uwiecznionego, w Tobie zakotwiczonego, a przejawiającego się tymi błyskami świadomości, które nam dajesz w każdej chwili i we wszystkich przejawach życia, choćby one jawiły się nam jako czasy zmagań, klęsk, wojen, przewrotów, pandemii… ale też przecież radości w zwyczajnym dzianiu się dnia i nocy.
To w teraźniejszości zachwytu, w teraźniejszości życia chwilą, taką zwyczajną i jednocześnie nadzwyczajną (bo każda chwila taką jest, jaką jest i nie da się jej powtórzyć) jest wciąż nieogarniona, niezmienna prawda, dobro i piękno Twojej Miłości i nic jej nie zakłóci, bo już zrealizowałeś swój zamiar przemiany nas i świata w tym Swoim nas i świata Zmartwychwstaniu.
Niech skromnym i pogodnym przejawem tego będzie to krótkie i zwykłe opowiadanie o jednej z wielu podróży do Ciebie – odpocznienia w Tobie, bo tak czy inaczej dążymy wciąż do Ciebie, choćby nam wydawało się, że sami potrafimy kierować swoim życiem, a Ty przyglądasz się nam ze swojej wysokości i mało Cię to obchodzi. Co za złudzenie! Ty jesteś w nas i wszystko, co robimy, myślimy, knujemy, radujemy - dotyka Ciebie, a Ty wciąż zachowujesz to w dobru, jeżeli my coś zepsujemy lub nawet perfidnie sknocimy. Bo to tylko nasze niewyraźne widzenie tak „zmienia” Twoją rzeczywistość, która nie może być inna niż dobra. I gdy dasz nam tę chwilę jasności, ten moment zachwytu – rozpływamy się w błogości Twojego życia. Cóż nam może zrobić śmierć, wszelkie moce i władze fizyczne, psychiczne, duchowe? - jak wołał święty Paweł. Nic! - to ich złudzenia!
Gdy przeciwieństwa tworzą przedziwną harmonię niewiadomego i nie do pojęcia dla naszego egoizmu wciąż się dziejącego żalu i radości, nienawiści i przebaczenia, dobra i zła, złudzenia i prawdy, piękna i brzydoty, ciemności i światła, głuchoty i dźwięku, smaku i obrzydzenia, przytulenia i oddalenia, ciała i ducha… w Jedności, w Tobie Boże w Trójcy Jedyny, w Duchu Świętym… wszystko ogarniającym Miłością… w tej właśnie chwili… się realizującej, to co my możemy zrobić? Nic? Trwać jak róża, która nie szuka dla siebie poklasku, bo to wszystko w sobie ma i o nic nie dba.
14.03.2022r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Do opowiadania „Pniewy”
Być nastawionym na nowy fakt, myśl, okoliczność to mieć otwarty umysł, serce, ducha – rozwijać się wciąż i wciąż, czyli nie stać przy swoim „ja” niezależnie od wieku i doświadczenia, to nastawić się na rzeczywistość, która wciąż może zaskakiwać, ukazywać swoje teraźniejsze oblicze – dobrze, jeżeli jest to Oblicze niepojętego, ale zawsze dobrego Boga.
Tak, „nawracanie się” to nie poprawianie jedynie swojej moralności, ale trafianie w cel dobrego, prawdziwego, kochającego, osobowego Boga, wciąż nieznanego, ale zawsze pragnącego intymności, bliskości z Tobą – osobistej raczej niż przez jakiekolwiek pośrednictwo, gdyż On jest Ci najbliższy, zamieszkujący w Tobie i mnie, bez względu na to, czy postępujesz moralnie, czy jesteś z moralnością na bakier, ale wciąż wiesz do Kogo zmierzasz… do Kogo należysz w danej Tobie i mnie wolności.
31.03.2022r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Do opowiadania „Miłość”
Teraz, gdy nasz świat cywilizacji śródziemnomorskiej, rozlany po całym świecie, ponosi kolejne klęski braku miłości, zafascynowany wciąż walką o wszystko, co można odebrać drugiemu… ten świat jest wciąż tak samo boski… gdyż inny być nie może. I to nie jest paradoks, choć dla myślenia Greków, Rzymian, Egipcjan czy Babilończyków nim właśnie był – paradoksem, nie mieszczącym się w ich wyobrażeniach, ale wciąż dotykających ich tą paradoksalnością na co dzień. Ale do takiego świata przywykli i znosili go w walkach i zmaganiach aż do czasu, gdy Stwórca zechciał ujawnić się jako człowiek. I do tej pory się ujawnia… wydawało by się, że bez skutku. A przecież ujawnił to wtedy, gdy świat stwarzał w tym Jego Wielkim Wybuchu Miłości… czyżby za ogromnej, aby mógł ją przyjąć stworzony na końcu człowiek? Może… I tak człowiek stworzony na Jego obraz i podobieństwo, z Jego genami w sobie, nie może sobie poradzić z paradoksem, że od początku jest bosko ludzki, tylko koniecznym jest jego zgoda na to…
Bóg myślał, że gdy przedstawi się w Synu też jako człowiek, to ten boski gen się w nim przebudzi, choćby trzeba do tego wielu lat zmagań i doświadczeń życia w paradoksie. Pomylił się? Nie! Wciąż daje czas swojemu ukochanemu człowiekowi… gdyż wciąż są tacy, co w cichości i pokorze świadczą o tym. Nazywamy ich mistykami, kontemplatykami, świętymi… nie uzurpującymi sobie cokolwiek dla siebie, gdyż wiedzą, że wszystko, co mają otrzymali od Stwórcy.
Niech to opowiadanie będzie przyczynkiem do zmagań ze swoją niewiarą.
13.04.2022r.
Panie, znowu tak miałem napisać… pod Twoim natchnieniem:
Przeczytaj zakończenie „Zygmunta”, a zobaczysz całe Misterium Wcielenia Chrystusa, które nieświadomie tego napisałem w niemym okrzyku:
„Zygmunt, gdzie jesteś? - - - Tu.”
Nie gdzieś tam, kiedyś… tutaj… Tak, już wtedy (20.03,2002r.) czułem, że to nie ja piszę – to pisze przeze mnie Duch Święty… jak przedtem we wszystkich moich „pisaniach” aż do teraz… gdy ,czekam na sygnał „pisz”, abym zaczął układać zdanie po zdaniu… (gdy nocą czytam o świętym Franciszku)...i nagle uświadamiam sobie, jak konkretnie doświadczałem Twojej obecności w zbliżeniu z trawą, drzewem podobnie jak Jakub, gdy budził się ze snu o drabinie do nieba i uświadamiał sobie, że tam Jesteś, w tym kamieniu, na którym Jakub położył głowę by spać.
24.10.2022r.
xxxxxxxxxxxxxxxx
Do opowiadania „Trudne pisanie”
Po długiej przerwie znowu piszę na tej stronie, aby przedstawić tę historię o strachu, który się rozlał po całym świecie, gdyż bazował na powszechnej trosce o zdrowie ciała, tak namiętnie propagowanej przez polityków i środki masowego przekazu. Ta „troska” przerosła nawet samych lekarzy, uwikłanych w zależności farmaceutyczne, jakby moc ducha nie miała żadnego znaczenia. Było to rzeczywiście „Trudne pisanie”(tytuł mojego opowiadania zamieszczonego na stronie), gdyż starałem się oddać ten strach o ciało, jakby ono mogło być oddzielone od ducha, który jest nieśmiertelny. Ono (ciało) jest przemijające, jednak zostało przeznaczone do transformacji, którą nazywamy „zmartwychwstaniem”. Dlatego knowania serc nie są w stanie go zniszczyć, gdyż taki zamiar jest fikcją, wytworzoną przez bujne wyobraźnie ich (twórców pandemii) przerosłych ego . Nie biorą oni pod uwagę tego, że Rzeczywistość w której żyją, nie od nich jest zależna, lecz oni jej podlegają. Ludzki umysł jest jednak zachłanny i wyobraża sobie, że potrafi tworzyć światy, nie licząc się z tym, co ma pod ręką, na co bezpośrednio patrzy, czego smakuje i co słyszy. Nie żyjąc w konkretnej teraźniejszości, daje się zwieść swojej wyobraźni, która nie ma bezpośredniego przełożenia na konkret. A Bóg, Rzeczywistość, stwarzając materię od razu w niej „zamieszkał” i kochał ją jak samego Siebie. Skrył się w niej Swoją Obecnością i nasza, ludzka obecność, może mieć z Nią kontakt… przez nasłuchiwanie, milczenie – nie komentowanie, ustawianie, klasyfikowanie, kontrolowanie, opisywanie… tak podobno niezbędne dla życia na ziemi.
Tak, dlatego jest to trudne pisanie… bo stara się uniwersalne „dzianie się” wszystkiego co Jest (Bóg, człowiek, cały stworzony wszechświat jako Jedność) ująć w słowa, gdy równocześnie jest tak naturalne, zdroworozsądkowe, że trudno nawet tego uczyć, czyli przekazywać innym… gdyż „przychodzi” bez nauki, wprost od Boga do człowieka… (patrz: R. Rohr, Uniwersalny Chrystus, s. 33).
10.12.2023r.
xxxxxxxxxxxxxxxx
Panie, dzięki R. Rohrowi, widzę, że też szukałem Ciebie w rzeczach i gdy udało mi się je opisać głębiej, dzięki Twoim natchnieniom, byłem radosny, zachwycony, przejęty. Coraz bardziej widzę, że to niby moje pisanie, było pisaniem piórem prowadzonym przez Ciebie, gdy nadawałem tytuły opowiadaniom takim jak „Dotyk traw”, „Sosny”, „Kanał” i w prawie wszystkim, co opisywałem z taką radością, bo przecież ich, rzeczy, piękno jest od Ciebie, Ty w nich zamieszkujesz, jak zamieszkujesz we mnie i w każdej osobie… w radości i cierpieniu, w rozterce i niepewności, w śmiertelnym ciele i wskrzeszonym jednocześnie, już przez Ciebie zaakceptowanym, pomimo że uczą nas, że dopiero po fizycznej śmierci będę naprawdę Cię widział, a Ty jesteś we wszystkim, tu i teraz i wszystko wskazuje przez swoją głębię na Ciebie. Bo przecież w najdrobniejszej rzeczy, w tych drobinach kurzu i błota też jesteś, jak jesteś w jądrach atomowych, w potężnych mocach słońc, jak też w księżycowych odbiciach jedynie. Wszystko, co jest materią jest też w Tobie. Bo tak postanowiłeś, wcielając się nie tylko w osobę Jezusa z Nazaretu, ale każdą rzecz namaściłeś Sobą, aby o Tobie świadczyła choćby tym ciągłym ruchem cząsteczek czy to w miękkiej wodzie, czy w twardych kamieniach, czy skutych lodem morzach, czy w rozgrzanych do czerwoności jądrach planet, gwiazd. Wszystko jest poruszane Twoją energią, Twoim tchnieniem i bez niej i niego od razu zamiera w bezruchu, czyli w niby śmierci, gdyż znowu je powołujesz do życia, do wzrostu, do kwitnienia i wydawania owocu. I nic się nie marnuje, gdyż wszystko wskrzeszasz i wykorzystujesz ponownie w kolejnych kształtach, w ich finezji, pięknie, użyteczności, w karmieniu, nasycaniu nie tylko ciała, ale i ducha, gdy się raduje, śmieje, ale też gdy płacze, żałuje, odczuwa jakby Twoją nieobecność, a Ty i tak jesteś w niej skryty… i pokorny… i cierpliwy… kochający, pieszczący, rozczulający się nad naszą niewiedzą, nieświadomością… aż zaskoczony Twoim natchnieniem, nagle widzimy, jak mi dałeś zobaczyć piękno pni sosen, morza traw, finezji gałązek brzozy, rozpiętego na pajęczynie szronu, wyłaniającego się z traw grzyba i wielu barw na niebie, odblasków morza, jeziora, tej całej aury natury tak pięknej w swojej harmonii. To wciąż opisywałem, jak również twarze dzieci, młodych, dorosłych i starych już w ich zmarszczkach, jako śladów bogactwa ich doznań, decyzji, radości i zmartwień.
Tak, rzadko pisano o tym moim pisaniu, bo ono nie było i nie jest fascynujące niezwykłością wymysłów jedynie, ale widzi ukrytą niezwykłość w powszechności i niepowtarzalności, gdy na nie się nastawię i dam się jej ponieść, bo Tobie daję się nieść na skrzydłach piękna natury i ducha, w których jesteś. Tak, rację ma Rohr, gdy preferuje religię „zstępowania”, a nie „wznoszenia”. Tu, na ziemi, w bliskości mamy odnajdywać Ciebie – nie w chmurach, obłokach wznoszącej się naszej wyobraźni, nie mającej w sobie cielesności, bo przecież „Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami”, duchowo-cielesnymi stworzeniami, na Twój obraz i Twoje podobieństwo, abyśmy z szacunkiem rozpoznawali Twojego Ducha we wszystkim, co jest nam dostępne na ziemi i w Niebie, czyli w Tobie z nami, razem jako Jedno.
17.02.2024r.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Panie… czytam Rohr’a, słucham Drążka, a ostatnio czytam K. Grzywocza i wszyscy piszą, mówią o Tobie w tej zwykłej, codziennej rzeczywistości, w której jestem razem z innymi ludźmi, innymi stworzeniami, innymi rzeczami… w Twojej woli, która też jest w tej niewyobrażalnej rzeczywistości Nieba, czyli namacalnego, dotykalnego nie tylko palcem, ale też umysłem, duchem… Ciebie, w Tobie zamieszkującymi, czy zdają sobie, czy nie zdają sobie z tego sprawy. Wszystko, co j e s t, jest w Tobie jako wciąż się spotykającymi z sobą ludźmi, zwierzętami, rzeczami, przedmiotami, myślami, wyobrażeniami, pragnieniami, zachwytami, ale też różnego rodzaju podstępami, kłamstwami, dobrymi chęciami i perfidnymi zagraniami, które im od razu wybaczasz, gdy o to proszą, gdy dasz im tego postępku „zrozumienie”, choć nie pojmują, co się z nimi dzieje i skąd to przyszło. Bo ukrywasz się we wszystkim, co jest, niby anonimowy a wszechobecny. Takie to piękne i radosne, choć nie raz zabrzmi tonem smutku, niedowierzania a nawet buntu. Ale nie wypuszczasz tego wszystkiego ze swojej Ręki, która bardziej gładzi, przytula niż gani, uderza, nakierowuje… Zawsze jesteś czułym lekarstwem na wszystkie biedy, nigdy policjantem, władcą, którzy na siłę chcą nawracać na właściwą drogę. Dajesz wolność wyboru, bo sam jesteś Wolnością – Miłością bezwarunkową, bezprzepastną, niezgłębioną w swojej dobroci, obdarowującej wszystkich i wszystko, i nic dla siebie nie zostawiającej… prócz nadziei, że do Ciebie wrócą dobrowolnie, w postaci czystego daru. W tej wciąż dziejącej się wymianie darów trwamy, bo Ty Trwasz tu i teraz, wiecznie, choć nam dałeś poczucie zmiany, czasu… dziania się… i przemijania tego, co już spełniło swoją rolę i w naturalny sposób musi odejść… by się przemienić w nieśmiertelność, w Zmartwychwstanie… i trwanie w Nim, czyli w Tobie, Twoim Synu i w Duchu uświęcającym wszystko, co jest z Ciebie i w Tobie.
09.04.2024r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Panie…
mają oczy, a nie widzą Twojej światłości
mają uszy, a nie słyszą Twojej ciszy
mają węch, a nie czują Twojej woni
mają smak, a nie rozpoznają Twojej smakowitości
mają ręce, a nie rozpoznają Twojego dotyku
a we wszystkim jesteś ukryty:
w patrzeniu
w nasłuchiwaniu
w woni
w smaku
w dotyku
bo we wszystko się wcieliłeś
co oni uznali za swoje
a nie przyjdzie im do głowy
że to wszystko jest Twoje
im podarowane
za nic
aby tylko byli szczęśliwi
radośni
dobrzy
bezinteresowni
ale też
cierpiący
narzekający
pomstujący
wyklinający
walczący
zabijający
a Ty jesteś cierpliwy
aż pojmą, że to wszystko
dla nich
bo jesteśmy tym, co dobre
i jesteśmy tym, co złe
bo to wszystko Twoje
i Ciebie zjadamy
i Ciebie pijemy
Twoje Ciało
i Twoją Krew
i to Ty nadajesz
temu jedzeniu
i temu piciu
godność
nie my
i nie jest to cudem
ale normalnym życiem
nas,
zwierząt.
całej materii
całego wszechświata
wszystkiego co jest
bo Ty Jesteś
i my jesteśmy
niezaprzeczalnie
niepodważalnie
oczywiście
bo nie ma czegoś takiego jak nicość
tworzona przez nasze umysły
ale nie istniejąca,
nie dotykalna
nie smakowalna
nie wyczuwalna
nie widzialna
nie mogąca być
bez Ciebie
bez Twojego JESTEM który JESTEM
26.05.2024r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Panie… wiem, że mam nie tylko zrozumieć Twój uniwersalny sposób prowadzenia wszystkiego, co j e s t do coraz większego dobra, ale mam również przekazywać to innym i nie ustawać w trudzie tak samo zrozumienia, jak i przekazywania. Mam też zrozumieć, że ta Twoja twórcza działalność, wciąż się dzieje, rozwija i zawsze prowadzi przez śmierć tego, co już się przeżyło w naturalny sposób, aby na tym fundamencie powstawało nowe, doskonalsze, lepsze… choć tak trudno zauważalne na pierwszy rzut oka. Ale ono j e s t, wciąż d z i a ła, bo Ty nie przestajesz stwarzać nie tylko nowych kształtów, ale także nowej świadomości ich powstawania, nie przestajesz namawiać mnie i innych do wytrwałości, trudu zrozumienia, trudu przekazywania, trudu osiągania szczęścia, coraz większego, coraz głębszego, coraz pewniejszego, choć wciąż będącego w rozwoju… w nieskończoność! Tak, to jest ta Twoja radość, wciąż i wciąż dopełniająca się, wspomagająca się wzajemnie, osobowo, ale i rzeczowo, jako wszystkiego co j e s t… Tobą, z Ciebie i w Tobie. Bo jesteś zawsze na „tak”, niczego nie odrzucasz, ale nawet to odrzucone przemieniasz w nowe „tak”… cierpliwie, prawie potajemnie, bez rozgłosu, ale skutecznie w cichej pracy, bez domagania się pochwał, bez czekania na oklaski, bez wielkich fet, pokornie… zawsze zgodnie z Twoją wolą, czy tego chcemy, czy nie, ale od razu wspomagasz tych, którzy tę Twoją wolę czynią i nie mają nic ze swojego, co by nie było Twoje – są podobni w pokorze do Ciebie, są podobni w radości do Ciebie, są podobni w miłości do Ciebie, są podobni w wierze do Ciebie, są podobni w nadziei do Ciebie… i nie robią niczego bez świadomości, że otrzymali to w darze od Ciebie, a Ty nie oczekujesz od nich odpłaty, zadośćuczynienie, nawet pochwały, bo tak jest dobrze, jak uczyniłeś wszystko co j e s t – od samego początku czasu, w samej teraźniejszości, którą Jesteś. Bo my w Tobie jesteśmy, żyjemy, cieszymy się, smucimy, radujemy, pomstujemy, rozwijamy się, zapadamy w stagnację, rodzimy nowe, umieramy w starym, nawet zabijamy w rozpaczy, ale wciąż jesteśmy Twoi, z Ciebie, w Tobie…
25.06.2024r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Wszędzie i zawsze j e s t e ś w Bogu
- nie tylko w specjalnych miejscach czy wyjątkowych chwilach
- nie kiedyś czy gdzieś
- zawsze tu i teraz
- każdy
i wszystko , co jest
20.07.2024r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Gdy tę opowieść pisałem w 2022 roku („Odnajdywanie teraźniejszości”) jeszcze nie znałem fascynującej książki Richarda Rohr’a „Uniwersalny Chrystus” i byłem pod wpływem Jego „Nagiego teraz”. Ale już wtedy miałem przebłyski tej uniwersalnej wizji, którą przedstawiała nam Ewangelia św. Jana, w modlitwie Jezusa „aby wszyscy byli jedno” - aby wszystko, co jest, było JEDNO. JEDNO bez wszelkich porównań, klasyfikacji, rozróżnień, określeń lepszy – gorszy, większy – mniejszy, cenny – bez wartości, winny – niewinny, grzeszny - święty – bo jest jedną wielką radością istnienia w tych jej przeróżnych formach, kształtach, doświadczeniach fizycznych i „duchowych” nierozdzielonych, ale spójnych jak migocący obraz porannego morza, widzianego z oksywskiej skarpy, nie oślepiający, ale unoszący wszystko, co jest w boskim tańcu. To było przecież moje dziecięce, młodzieńcze i wciąż mnie dopadające „patrzenie” Boskiej Obecności we wszystkim, co j e s t… i mojej w Nim obecności. Wszystko wokoło ucichło i wybrzmiewało w pięknym poszumie morza, emanującego życiem… aż po samo dno i jeszcze głębiej, gdzie przestrzeń i czas zlewają się w Jedność Trójcy… i stają się czymś, co nieporadnie nazywamy „wiecznością”, nieprzemijalnością, a jednak dzianiem się… Tajemnicą. Tym westchnieniem – ach!
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Do „Majowej przejażdżki po Podkarpaciu”
To budowanie jedności, opisywane w tym opowiadaniu, jest próbą przedstawienia wielkiego procesy tworzenia jedności między wszystkim, co jest: widzialne i niewidzialne. Głównie między ludźmi, ale w otoczce całej natury, też tej widzialnej i niewidzialnej, którą nie tylko doświadczamy zmysłami, ale też odczuciami, doznaniami, przekonaniami, których ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, a wiemy, że są. Tak jak wiemy, że jesteśmy… w oczywisty dla każdego człowieka sposób. Nie mamy przecież doświadczenia, że nie istniejemy. Nawet narkoza nie jest w stanie tego zniweczyć, bo się budzimy… lub nie… Ale wtedy nie wiemy… co jest… nie doświadczyliśmy tego.
25.09.2024r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
To nie Bóg jest częścią naszego życia, to my jesteśmy częścią Jego Życia w Trójcy Jedynego. I nie dualnym myśleniem Go pojmiemy w Jego trynitarnym wirze, ale w pokorze Tajemnicy możemy Go doświadczyć w darze – najpierw osobiście, by w wymianie z innymi, dojść do uniwersalnej zasady, którą można odczytać wszędzie i we wszystkim, co istnieje… jako taniec, jako radość w różnorodności, jako pokój serca i ducha, jako zachwyt nad wszystkim i każdym z osobna, ale też jako całość… nieprzebrana. A także w śmierci, która przemienia i odnawia wszystko. Tak, bierzemy w tym udział jako osoby, a rzeczy też nie są z tego wykluczone, też biorą udział w przewiewie Łaski… w Miłości do wszystkiego, co Jest.
29.04.2025r.
Patrzeć i czuć - nie myśląc o niczym, zagubić sie w tym, co mam przed oczami, a będę zachwycony, że jestem - jak wszystko j e s t. Bóg we mnie, a ja w Jego stworzeniu jako maleńka część Jego Życia: w harmonii ze wszystkimi i wszystkim. To jest pokój, którego "świat" nie moze dać. Takim byłem dzisiaj nad Wisłą w wietrze Ducha, jak zawsze, gdy staję niemy, zjednoczony z Jego dziełami.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Jeżeli coś osiągnąłeś, to nie jest to twoje osiągnięcie, ale osiągniecie Ducha w tobie i tym samym stajesz się podobnym do Boga. Jeżeli inaczej to widzisz, to jest to tylko osiągnięcie twojego ego, twojego, biednego, samotnego ego, które chce odgrywać rolę Boga. Wtedy Bóg nie jest ci potrzebny, jest tylko jakąś cząstką wszechświata, gdzieś daleko poza kosmosem, jako dodatek do niego. Nie masz z Nim relacji, żyjesz w kosmicznej próżni, podobnie jak inny człowiek, czy inna rzecz... które jednak, tak czy inaczej, nie mogą być z natury czymś innym, niż dobrocią Boga. Gdyż nie masz żadnych zasług, wszystko jest darem Boga dla ciebie i dla wszystkich rzeczy, które są. Bo wszystko jest połączone w łańcuch stworzeń, wirując w tańcu Trójcy Świętej. Niczym nie musisz się zasłużyć, możesz jedynie włączyć się w ten wieczny, radosny wir… albo nie…
30.08.2025r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Boże… który mieszkasz we mnie i we wszystkich, i we wszystkim...cały czas dajesz mi sygnały o Sobie, nie tylko, że Jesteś, ale że mamy zbawienie w Tobie, gdy uznamy, że wszystko, co istnieje, działa jak Ty działasz w Trójcy Jedyny, a w tym działaniu nie ma żadnej rywalizacji – wszystko składa się ze współzależności, ze stałej wymiany wszystkiego, co każda Osoba posiada i bez reszty oddaje drugiej… nie tracąc przy tym swojej tożsamości.
Tak, nam do zbawienia potrzeba tylko jednego: uznać, że posiadamy je od początku i nie poddać się złudzeniu rywalizacji.
Wtedy wszystko jest jak muzyka, nawet ta dysharmoniczna, bo ona obejmuje także nasze złudzenia, nie dając im przebrzmieć w nicości. Bo wszystko JEST!
13.09.2025r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Milczenie
Panie, który zbudowałeś swoje świątynie w naszych sercach (bez wyjątku, od zawsze), a który (Nieogarniony!) zostałeś zamknięty we wszelkiego rodzaju naszych budowlach sakralnych (i nie tylko), daj nam swoją wolność przebywania z Tobą we wszystkim, co stworzyłeś, abyśmy nie rozdzielali tego, co j e s t: na godne Ciebie i nie godne; na miejsca sacrum i profanum; na przestrzenie zarezerwowane dla nielicznych i ogólnodostępne… abyśmy nie tworzyli podziałów na nasze i nie nasze miejsca do pracy, wypoczynku, radowania i smucenia się, bólu i ukojenia… miejsca przecież przeznaczone dla wszystkich do życia pod Twoją opieką.
Gdy chodzę po kościołach, bazylikach, katedrach wypełnionych bogactwem wystrojów fundowanych przez bogatych, możnych, znaczących osób (podobno na Twoją chwałę), to jestem smutny – nie zachwycony finezją, kunsztem, pięknem w nich zgromadzonych przedmiotów, pieczołowicie często restaurowanych, przywracanych do dawnej świetności wielkim kosztem. One wciąż umierają, nie mają w sobie tej iskry życia, które wprawdzie więdnie, ale się odradza… wciąż w świeżej, delikatnej, młodej formie – zachwycając wszystkich wokoło… tajemnicą Twojego w nich przebywania.
Bo jesteś nie tylko w nas, ale we wszystkim, co j e s t - tak pokornie, że niewielu z nas (i tylko w pokorze) zostaje jego pięknem „uderzony”... jakby mimochodem, od niechcenia i tylko dzięki Twojemu natchnieniu… Wtedy patrzysz i mówisz do siebie i innych: widziałem drzewo!, widziałem łąkę!, widziałem mgłę na pajęczynach!, widziałem uśmiech!, widziałem smutek!, widziałem czułość!, widziałem rozpacz!… Widziałem, widziałem… i pamiętasz długo, prawie całe życie, choć głębokość tego widzenia powoli słabnie, słabnie… ale wciąż jest w pamięci… milczenia. Twojego Milczenia Miłości wszystko obejmującej.
18.09.2025r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Nie boję się śmierci, ale boję się szpitala, w którym wszystko zrobią, abym nie umarł… i żył na wieki! Mam być wciąż śmiertelny, bo nie wierzą w Zmartwychwstanie – to jest złudzeniem, mówią mi. Umarłeś i wszystko, co twoje zaginęło, przepadło, a jedyne, co pozostało, to pamięć o tobie wśród najbliższych… albo, jeśli coś znaczyłeś dla świata, kilka kartek zapisanych na papierze, a może tylko w chmurze internetowej, która sobie gdzieś tam wiruje i nie masz do niej dostępu bez prądu. Czyli nie ma czegoś takiego jak zmartwychwstanie i właśnie to jest powszechnym przekonaniem, choć kościół oficjalnie je głosi, ale wciąż odprawia msze za zmarłych, a zapomina o tych, co żyją właśnie tu i teraz, nie przygotowując ich tak naprawdę na Zmartwychwstanie, bo to może kiedyś się stanie… tak do końca nie wiadomo… a wiara to coś, czego rozum nie ogarnia…
A my żyjemy i już wiemy, że najpierw trzeba umrzeć raz czy dwa razy przed fizyczną śmiercią, aby uświadomić sobie, że coś takiego jak powrót do życia istnieje powszechnie wokoło nas: rodzi się i umiera, rodzi się i umiera...a wciąż żyje! W trochę innej postaci, choć podobnej, ale z ciągłością świadomości siebie samego. „Ogłaszam wam tajemnicę: nie wszyscy pomrzemy – pisze św. Paweł – ale wszyscy zostaniemy odmienieni. W jednym momencie, w mgnieniu oka.” (1 Kor. 15,51).
I z tym przekonaniem mamy żyć już teraz i nie mamy się martwić tym, czy zostaniemy zbawieni, odkupieni czy ocaleni, bo to już się stało faktem w Jezusie Chrystusie. Ale o tym w kościele nas nie zapewniają, wolą mieć kontrolę nad nami i Bogiem… bo nie doświadczyli jeszcze śmierci przed fizyczną śmiercią? Nie są mistykami? Być może… bo mistycy zawsze byli, nie tylko w takim czy innym wyznaniu, w takiej czy innej religii… byli, gdyż mieli i mają świadomość swojego pochodzenia od Tego, który wszystko stworzył, a który po prostu J E S T tym
K T Ó R Y J E S T. Nie był czy będzie – J E S T zawsze obecny i zawsze dostępny dla wsłuchujących się w Niego, bez żadnego pośrednictwa – wprost, w ciszy...
29.09.2025r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Modlitwa
Boże jestem Twoim przekaźnikiem miłości do innych ludzi i rzeczy. Nie pozwól, abym ten przepływ przeze mnie był zakłócony przez moje ego, tak skłonne do obaw, zaniedbań i obojętności. Abym był wciąż przepływową Twoją rurą, niczym nie różniącą się od innych przewodów, biegnących obok mnie, przeznaczonych z samej swej istoty dla Twojego strumienia dobra, piękna i zachwytu… jak to czynisz między Sobą, Synem i w Duchu Świętym… dla nas, Swoich stworzeń.
6.10.2025r.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
Powszechność Łaski
Każde czynienie dobra jest dziełem Boga, każde wymierzanie „słusznej” kary jest dziełem człowieka – Bóg nie ma z tym nic wspólnego.
Bóg zawsze przebacza, nawet największe zło, bo tak postanowił wobec wszystkiego, co stworzył, a nic nie powstało bez woli Boga.
Bóg jest miłością, która wszystko kocha bezinteresownie, ale to wciąż jest za wielkie dla ludzkiego umysłu. Tylko święci i prorocy (choć nie wszyscy) to pojmują i tym żyją… w naturalnej niedoskonałości wszystkiego, co zostało stworzone (choć jest piękne i wspaniałe). Doskonałość jest dla człowieka jedynie złudzeniem, gdyż do niej może tylko dążyć przy pomocy Boga, gdyż wszystko, co jest, jest Jego Łaską.
6.12.2025r.
Zapraszam na moją stronę autorską : www.hubert-koszalka.pl